czwartek, 30 grudnia 2010

A sio pajęczyny i kurz :)

Dawno mnie tu nie było, oj dawno :(
Rzuciłam się w nurt wartko płynącego życia forumowego i życia realnego i mnie wessało.

Najpierw o forum.
Przerosło moje oczekiwania po tysiąckroć. Najpierw sobie myślałam, że kto w ogóle będzie chciał przyjść tak po prostu siąść i pogadać o dupie maryni. Myślałam, że może uda mi się namówić z 30 osób. W tej chwili jest 90 użytkowników.
To jest takie... motywujące :) Dostawać zmasowaną, gorącą, serdeczną i szczerą odpowiedź od tylu osób, że jest dobrze, że problemy można rozwiązywać, że to takie fajne być razem i razem robić coś fajnego. Otrzymywać i udzielać wsparcie. Gadać o pierdołach, o jedzeniu, trzymać za rękę, albo kopać w tyłek. Ile ja łez wzruszenia wylałam na klawiaturę w tym czasie :) A ile razy wściekłam się, aż do czerwoności ;)))
Bardzo wiele radości mi daje to forum :)

Po drugie: Święta :)
Po latach szarpania się, falowania nadziei i beznadziei, które mnie wykańczało, wybijało z rytmu na kilka kolejnych miesięcy- aż do kolejnych świąt i tak na okrągło. W tym roku stwierdziłam, że serdecznie to pierdolę i się wypisuję. To były przedziwne święta. Spędziłam je z lubym. Nie pojechaliśmy do rodziców i sama też nie pojechałam. Święta właściwie bez prezentów i bez cudowania z jedzeniem. Mało, ale smacznie. Spaliśmy do wypęku i bólu kości, wyłaziliśmy tylko na chwilę z łóżka, żeby popodziwiać choinkę, którą zrobił luby ( mam nadzieję pokazać Wam zdjęcia. Na razie jeszcze ich nie mam, ale liczę, że niedługo zrobię ;))) )
W Wigilię zjedliśmy kolację, składającą się z potraw, które lubimy i nikt nas nie zmuszał do jedzenia w imię tradycji, rzeczy których nie lubimy. Zjedliśmy tyle, ile chciały nasze brzuszki i nic ponadto. Spokojnie mogliśmy mówić i ruszać się w miarę żwawo, a nie toczyć.
A w drugi dzień świąt luby mnie totalnie zaskoczył :) Stwierdził, że nikt mu nie będzie mówił, jak ma świętować i zabrał się za przeniesienie mojego biura :) Po chyba dwóch latach! Kiedy wszystkie papiery były w kartonach, a biurko stało w sypialni. Aż mnie zatyka, jak przechodzę, bo na biurku świeci się nastrojowa lampka, która rzuca tajemnicze i przesympatyczne cienie :)
Jutro doprowadzimy do pięknego stanu sypialnię- poustawiamy mebelki, które kiedyś, kiedyś kupiliśmy i leżały w paczkach pod łóżkiem.

Jeszcze o prezentach: pisałam, że właściwie były to święta bez prezentów, ale to nie całkiem jest prawda. Dzień po świętach przyszła paczka od Maddaleny. Sprawiłaś mi Magda ogromną radość, bo ja uwielbiam niespodzianki, a tego się w ogóle nie spodziewałam :) No i dostałam prezent!!! :)

Są tez niedobre wiadomości ze świąt. Mój tata znów jest w szpitalu. W pierwszy dzień świąt zabrało go pogotowie, bo się dusił. W ciągu trzech tygodni - już drugi raz w szpitalu. Wczoraj przenieśli go z OIOM-u na normalną salę i już lepiej się czuje. Najpierw mi mówił, ze może już jutro wyjdzie ze szpitala, ale dziś mówił, ze chyba go przed Sylwestrem nie wypuszczą. I jeszcze dodał, ze jemu to właściwie wali, tylko petard nie będzie mógł puszczać, bo spadłyby na kościół, a to jakoś tak nie za bardzo wypada :) A poza tym- nie pali i chyba postanowił walczyć.

Po trzecie: jedzonko ;)))
Nie robiłam tysiąca pierdół, któe potem albo mećzę do Trzech Króli, albo pasę nimi dzikie koty w śmietniku. I to nie chodzi o to, że mam coś przeciwko karmieniu dzikich kotów, ale może niekoniecznie łososiem i peklowaną szynką...
Wiec zjedliśmy barszczyk ( zakwaszany częściowo sokiem z kiszonych buraków, a częściowo octem malinowym własnej produkcji) z uszkami grzybowymi. Dorsza i surówkę z kapusty kiszonej. I firmowe śledzie lubego.
Kolejnego dnia zjedliśmy obiad śląski: rolady, modra kapusta i kluski i zupa grzybowa z kluskami lanymi.
A następnego dnia miały być filetowane udka z kurczaka nadziewane orzechami i żurawiną w sosie malinowym, ale ponieważ luby zajął się szlachetną czynnością przenoszenia mojego biura i w obawie, że mu wena sklęśnie, już nie zawracałam mu dupy filetowaniem udek, to zjedliśmy udka z piekarnika.
Upiekłam też makowiec, tartę migdałową z kremem śmietanowo-waniliowym i piernik staropolski.
Nie no ;) Piernik staropolski wymaga osobnego punktu ;)

Wiec po czwarte: piernik staropolski :)
Piernik staropolski to takie cudo, które potrzebuje bardzo by się nim odpowiednio wcześnie zająć. Właściwie to nie jest jakoś szczególnie kłopotliwy, tylko wymaga, by o nim myśleć :) a wtedy się odwdzięcza takim smakiem... takim smakiem...
Ja moje ciasto na piernik zagniotłam 11 listopada ( w dzień urodzin mojej mamy) sama namieszałam przyprawy do niego, zrobiłam go z mąki orkiszowej. I od 11 listopada leżakował sobie w kamionkowej makutrze na balkonie. 10 dni przed wigilią upiekłam go- 4 małe keksówki i jedna duża blacha. Obłożyłam kromkami chleba i odstawiłam. 3 dni przed Wigilią przełożyłam powidłami śliwkowymi ( własnej produkcji) z czekoladą, a w Wigilię polałam czekoladą.
Piekłam w mini keksówkach z myślą, ze porozdaję magicznego piernika. I takoż zrobiłam :)
Dałam jeden tacie, z przykazaniem, że gdyby piernik się okazał jeszcze zbyt twardy, to, żeby odczekał kilka dni. I następnego dnia tata nam raportuje: a co ty chcesz od tego piernika? On smakuje tak samo jak piernik z tesco ;))) Profesjonalny wykon :D
Myślałam, że padnę. Kochany ten nasz tata jest.
A tak poważnie- to piernik jest naprawdę magiczny. Pyszny, miękki, pachnący.

Po kolejne: nieubłaganie kończący się rok. Refleksje sobie odpuszczę, może do czasu aż się skończy i zacznie Nowe. Nie był dla mnie ten rok zbyt łaskawy. Ale jakimś cudem, jasnym spojrzeniem, pełna nadziei i oczekiwań patrzę w przyszłość. Oby mnie ten optymizm nie zgubił ;)
A wam życzę tego samego.

środa, 15 grudnia 2010

O karpia mi chodzi... :(

Mniam, mniam
Jak to pięknie jest- tak chodzić po kostki we krwi...
Jak widowiskowo...


Mniam

Nie ma nic pyszniejszego niż świeżo zabita rybka... mniam...
Szczególnie, jak rybka ma porozrywane boki od metalowych narzędzi, którymi jest łapana... mniam

Szczególnie, jak widzimy, że oddała życie dla naszego delikatnego podniebienia...mniam
I jak krew mocnym strumieniem prosto w oko uderza... mniam
Pyszna, pyszna rybka... mniam

I szczególnie pyszna jest, kiedy swojego żywota dokonuje wraz z innymi szczęśliwymi rybkami- na wpół uduszona... po prostu delikates!!!... Pycha!!!

Jak bym była rybką, to czułabym dumę, że oto za moim pośrednictwem, sacrum się objawia! Cud! Narodzenie Pana! Stwórca to nas ( ludzi) musi zajebiście kochać, bo takie igrzyska nam daje ku uciesze...

Nie ma to jak świeża rybka! Wprost z zachlorowanej wanny! Uduszona własnym stresem. Samo zdrowie i świeżość.

Dzięki Ci Panie, ze możemy za pośrednictwem rybki w absolutnie opłacalnej cenie 6,95 za kg świętować swoje człowieczeństwo!!!
To prawdziwy zaszczyt!!!


:((((((((((((((

Tak jakby nie można było kupić już teraz, teraz kiedy nie ma takiego pośpiechu i sprzedawcom aż tak nie "tli", ryby nie są tak pościskane...

niedziela, 12 grudnia 2010

Pierogi bakaliowe- zupełnie nieoczekiwane ;)

)Lepiłam dziś uszka do barszczu wigilijnego, zostało mi trochę ciasta. A ponieważ reka mi usycha
za każdym razem po troszeczku, kiedy bym miała coś wyrzucić- to zagospodarowałam niechciane ciasto w następujący sposób:

Farsz do pierogów bakaliowych:
100 g sliwek suszonych
75 g suszonej żurawiny
50 g orzechów włoskich ( w sensie treści orzecha ;)))
łyżeczka miodu
kardamon, mielona kolendra , w dwa palce cynamonu, czarny pieprz świeżo mielony- sporo.

Ciasto pierogowe moje uniwersalne


Z wody i mąki wykonać ciasto.
Śliwkę i żurawinę namoczyć, odstawić na 30 minut, odsączyć dokładnie. Orzechy rozdrobnić ( np w moździerzu), wszystko posiekać dużym nożem, wymieszać razem, doprawić.
Ja lepiłam malutkie pierożki- wielkości uszek, tylko nie zwijane.

Będe je jadła z barszczem - dam znać, jak smakują, bo na razie tylko sobie wyobrazam :)

piątek, 3 grudnia 2010

Wejdźcie, Przyjaciele. Siadajcie. Nic nie mówcie. Porozmawiajmy :)

To miało być małe, kameralne forum. Chciałam mieć możliwośc nieskrępowanego rozmawiania z ludźmi, których lubię i szanuję.
Forum zupełnie nieoczekiwanie dla mnie się rozrosło.
Bardzo mnie to cieszy.

A dziś szczególnie mnie ucieszyła wiadomość o zupełnie darmowej reklamie na jednym z wielkich serwisów w internecie :) No, naprawdę się nie spodziewałam :)

Dlatego nie ma sensu już się czaić, po prostu wejdźcie, jak macie chęć :)
Zapraszam serdecznie :)

http://gadki.e-fora.pl/index.php

poniedziałek, 22 listopada 2010

Stroiki

Dora prosiła o fotki stroików- oto one :)
Stroiki są z tamtego roku, teraz nie mam aparatu.
Drugie zdjęcie od góry to stroik, jak stał u mnie na stole. Na pierwszym zdjeciu jest choinka, którą mi luby zrobił z gałęzi sosnowych, tujowych i jodłowych.
W tym roku bedę miała tez tego rodzaju choinkę, tylko ładniejszą :), bo tamta była robiona na wariata i całkowicie improwizowana.
Teraz luby nabył potrzebną wiedzę do wykonania jeszcze piękniejszej choinki :)

I jeszcze chciałam napisać o tym zielonym stroiku z aniołkiem- to był stroik dla Ksiezniczki, która miała wtedy 2 latka i to były jej takie pierwsze swiadome święta. Powbijałam w stroik zimne ognie, a Ksieżniczka oczy miała jak spodeczki i w malutkie łapki próbowała złapać ogniki :)









niedziela, 21 listopada 2010

Pani Pretensja

To ja. Niestety.
Trudno ze mną wytrzymać, co więcej- sama ze sobą ledwie wytrzymuję. Nie mogę spać, a właściwie to nie wiem- dziś wymysliłam teorię, ze mam dwie pary górnych powiek. I właściwy sen zapewnia mi zamkniecie obu jednocześnie. A tak to śpię z jedną parą górnych powiek otwartą i się nie wysypiam temu. Bo mając zamknięte tylko jedne górne powieki widzę światło i mnie to rozprasza. Więc kładę się wkurwiona i wstaję wkurwiona.
Jestem koszmarnie zmęczona. Zmorka- ja nie wypoczywam, tylko jebię, jak jakiś poganin... Spadła mi wydolność pracy dramatycznie, bo zrobienie 30 stroików mnie przerasta. Marudzę i jojczę, a przecież taką mam pracę. Jak widzę, jak mi ubywa zrobionych stroików- to mam chęć krzyczeć- proszę to zostawić, bo znów będę musiała nad tym ślęczeć... Absurd do kwadratu- przecież sensem mojej pracy jest, żeby je sprzedawać. Żeby sprzedawać dużo. Eh.
Dwa miesiące jojczyłam, że mi nie idzie, że nie chcą kupować, zastanawiałam się- co robię źle, smarkałam, że nie mam pieniędzy...
No to idą ( na razie). Podobają się. A Pani Pretensja znów niezadowolona. W dupie się przewróciło, ot co!
Tydzień temu Kojonkosky skopała mi dupę i się zmobilizowałam. Ale teraz zaś by trza było, a ni ma komu... Kojonkosky chyba się boi, hi.

Najczęściej stosowanym przeze mnie środkiem wyrazu jest zjadliwa ironia i szydera. Niestety. Co gorsza ironia ta wcale nie jest relaksująca. Niestety.
Na przykład: jesteśmy w pracy i luby mówi: boli mnie żołądek, walnąłbym sobie kielicha ( co z oczywistych względów jest niemożliwe w pracy) A ja na to: wiesz, co? może u was, na Uralu, alkohol jest jedynym i wszechstronnym lekarstwem na wszystko, ale my, w cywilizowanym świecie bierzemy no- spę i ranigast na ból żołądka....
A dziś mnie bolał żołądek. Leżałam w wyrze i zapierałam się nogami o ścianę, z bólu. I luby przychodzi z kieliszkiem wódki - i mówi- U nas na Uralu, jak kogoś boli żołądek, to sobie tak radzimy... U nas na Uralu wszyscy tak robią :D
No, rozśmieszył mnie...
I zaczęłam z Nim rozmawiać. I on mówi: jesteś taka ładna jak się śmiejesz, zupełnie odwykłem.
Jak tylko się odezwiesz, to wiem, ze będzie zjeba i zawsze mam chęć żebyś mnie już zjebała,
bo przynajmniej na tę zjębę nie będę czekał...
Jeju :(
To naprawdę ja?
Ta zrzędząca jędza?
A takim miłym dziewczęciem byłam kiedyś...
Ktoś mnie podmienił? czy się zgubiłam?

Niech ktoś mi odda mnie!!!

czwartek, 11 listopada 2010

Chyba miałam widzenie

Jestem bardzo zmęczona. Zasypiam zanim zamknę oczy. Zasypiam w każdej chwili.
No i po przyjeździe z pracy - zległam nawet nie wiem, kiedy.

I tak
Ponoć luby przyszedł do łóżka, a ja obsypałam go pocałunkami, mówiąc: "Matko Boska, Matko Boska"

On nie wie, o co mi chodziło i ja też nie wiem.

Widzenie miałam?

sobota, 6 listopada 2010

Głupoty i gafy to moja specjalność

Nawet się tym nie przejmuję, bo zdarza mi się coś głupiego, albo kompromitującego non stop.

Przed chwilą wynosiłam karton do auta, obie rece miałam zajęte trzymaniem kartonu ze szkłem. I czuję jak mi się zsuwają spodnie. Normalnie to bym poprawiła, ale że niosłam karton, to nie mogłam.
Do auta doszłam ze spodniami opadniętymi do połowy uda...
Na szczęście niewielu miałam obserwatorów ;)

Kiedyś podobną sytuację miałam z rajstopami... Fakt, ze gołą dupą nie świeciłam, ale i widownia była większa.

Albo z klientami, wiadomo, że przy takiej liczbie klientów nie pamiętam wszystkich nazwisk, ani nazw firm. A kartotekę jakąś klient powinien mieć, chocby dla celów logistycznych. Teraz to rozwiązuje kartoteka w komputerze i NIP jako wywoływacz, ale kiedyś to był zwykły zeszyt. No niektórzy klienci mieli nadane ksywki. Między innymi klientka, która miała włosy takie skudlone, postrzępione i z racji niedopasowania fryzury do wieku i jeszcze z innych racji otrzymała ksywkę "wiedźma ;)I pod takim hasłem figurowała w mojej kartotece.
I kiedyś ułożyłam sobie zeszyt na ladzie, obok druczek faktury i piszę. A pani mi zagląda przez ramię...
Na szczęście moje pismo bywa niewyraźne i nie rozczytała. Od tamtej pory pisałam faktury w aucie.

O tym, jakie krzywdy porobiłam sobie podczas pielęgnowania rodzinnego ogniska, pisałam już wiele razy. A to mi łyżka wpadła do wrzącego rosołu i zanurkowałam po nią gołą ręką, aż po łokieć.
A to upierdliwa mucha siadywała mi na spoconej nodze, kiedy rąbałam drewno. Odganiałam ją parę razy, ale wracała. Zamachnęłam się na nią siekierą. Na szczęście nie trafiłam.
Kiedyś wypastowałam podłogę i jednocześnie odgrzewałam sobie krupnik. Zdjęłam buty, zeby nie zadeptać lusterka na podłodze. I tak szłam do jadalni z miseczką gorącego krupniku.
Poślizgnęłam się na świeżo zapastowanej podłodze i wylałam sobie krupnik na tył głowy i na plecy. Na świeżo zapastowaną podłoge, niedawno malowane ściany - też
Ponoć wyglądało to strasznie, luby mówił, że myślał, ze bez przeszczepu się nie obędzie, bo ponoć całe plecy miałam krwisto czerwone z przyklejonymi "strupami" kaszy, ale goi się na mnie jak na psu, bo zostały mi tylko 4 małe ślady.

A to się jakoś widowiskowo oparzę, a to coś głupio chlapnę, a to coś wymodzę innego.
Macie też tak?

A tak poza tym, to kuchnia serwuje dziś ( i pewnie jutro) pierogi z mięsem. Wiem, że nuda, ale Chłopaki się domagają, a poza tym miejsce w zamrażalniku się przyda.

czwartek, 4 listopada 2010

Dyniowo- serowe ravioli z masełkiem ziołowym

Takie coś wykonały moje pracowite rączki dziś :)

Są bardzo smaczne i delikatne i tak pięknie wpisują się w jesienną aurę.

A robi się je tak:

Ciasto pierogowe moje uniwersalne:
ok 320 g mąki (ok 2 szklanki)
zimna i wrząca woda

Farsz dyniowo- serowy:
200 g musu z dyni ( gotowanej lub pieczonej)
kilka pasków papryki grillowanej, lub łyżeczka pasty paprykowej
czosnek, zioła i oliwa, w której była papryka
cebula
50 g serka typu filadelfia
50 g sera feta
50 g sera żółtego ( parmezan aż się prosi, ale akurat nie mam)
sól, pieprz

Masełko ziołowe:
50 g uczciwego masła
Słuszna łyżka świeżych ziół- wedle uznania. Ja użyłam mieszanki mrożonych ziół, w skład których wchodzi: lubczyk, trybula, pietruszka, koperek, szczypiorek i jeszcze coś. Taką mrożonkę kupuję w aldiku.
Sól, biały pieprz i ostra papryka w proszku- do smaku.

Farsz polega na połączeniu musu z upieczonej lub ugotowanej dyni z paskami papryki ( lub paprykową pastą), przesmażoną na oliwie rozdrobioną cebulką i czosnkiem, zmieleniu tego wszystkiego z serami i doprawieniu według własnego smaku- solą, ostrą papryką.

Najbardziej upierdliwą czynnością jest wykonanie ciasta:
Najpierw ok jedną trzecią mąką zaparzam wrzątkiem- wody tyle, ile zabierze mąka. Kiedyś podpatrzyłam w telewizorze, że dzięki temu zabiegowi, rozkleja się gluten zawarty w mące i dlatego ciasto jest bardzo elastyczne. A już sama metodą prób i błędów wypracowałam taki sposób, w którym mąką wyłącznie zaparzona daje ciasto zbyt klejące i nie za bardzo nadające się do sklejania pierogów.
Zaparzoną mąkę mieszam drewnianą łyżką, żeby się nie oparzyć i dosypuję resztę mąki i dolewam lodowatej wody, również, ile ciasto zabierze.
Takie zaparzone ciasto wykonuje się błyskawicznie- może z 5 minut trwa wyrabianie go. Nie mam zakwasów od gniecenia i wałkowania, ponieważ nie dodaję jajek. W kuchni nie ma fruwających kłaczków ciasta, ciasto jest mięciutkie, a pierogi łatwo się sklejają.

Ciasto podzieliłam na dwie części i każdą z nich rozwałkowałam na papierze do pieczenia obficie posypanym mąką na dość cienkie placki.
Następnie układałam kuleczki z farszu na jednym z placków. Kuleczki były malutkie, niewiele mniejsze od ziarenka grochu. Układałam je za pomocą dwóch łyżeczek, a potem mi się przypomniało, ze mam przecież pistolet do wyciskania masy- taki dekorator do ciast. I następną partię, będę robić właśnie nim.

Następnie należy przykryć drugim płatem ciasta i za pomocą radełka w ząbki, albo takiego noża specjalnego powykrawać kwadraciki. Nożem zdecydowanie lepiej.

Zagotować posoloną wodę ( z powodu tej posolonej wody nie dodaję nigdy soli do ciasta na pierogi), kwadraciki wrzucać na wrzątek i po ok 2-3 minutkach od wypłynięcia wyjmować łyżką cedzakową.

Miękkie masło należy wymieszać ze słuszną łyżką ziół, solą i przyprawami.

Pierożki nakładać na talerze, okrasić wiórkami ziołowego masła, które w zetknięciu z gorącymi ravioli stanie się żółciutkie z zielonymi kropeczkami.
Prosi się tez parmezan- strugane strugaczką do warzyw wiórki, ale ja akurat nie mam.

Danko jest pyszne, rozweselające i tylko wygląda na takie pracochłonne, a tak naprawdę jest dość proste i szybkie w wykonaniu.

Zdjęć tradycyjnie nie będzie, ponieważ nie mam aparatu:)

A ja uciekam robić kolejną partię słonecznych kwadracików :)

wtorek, 2 listopada 2010

Dynia i trudne słowa, takie jak imponderabilia.

Muszę trochę odpocząć, złapać jakiegoś luzu do głowy, zrzucić 30 kilogramów stresu, bo wyspac się, to się już wyspałam.
A stresu miałam ostatnio, że hej.
Miałam kontrolę z Urzędu Kontroli Skarbowej i czekam na dalszy ciąg.
Awanturę w stylu włoskim z lubym.
20- godzinny dzień pracy przez ostatnie 8 dni.

Tytułowe imponderabilia oznaczają rzeczy nieuchwytne, niemożliwe do zmierzenia, zważenia, ale mający jakiś wpływ na wydarzenia, stany itd.
I w niektórych tych nieuchwytnych stanach pojawia mi się jako hasło wywołujące - dynia.

Dynia -dekoracja
Dynia- nośnik wartości, lub anty- wartości.
Dynia- wyznacznik czasu i symbol jesieni.
Dynia- jadalna roślina o nieokreślonym smaku. Takie warzywo- kameleon.

Do niedawna dynię traktowałam czysto ozdobnie- jej czoło wieńczyłam wiankiem z mulenbekii i kuleczek jakie mi się nazbierały.
Dla mnie to były takie jakby wieńce, bukiety dożynkowe. Martwe natury z dynią.

Nie mam dzieci, wiec dynia jako dekoracja do halloweenowej sraczki, jak mawia Kojonkosky mnie omija, nawet nie wiem, czy akurat w moim regionie się takie coś robi- jestem wtedy w pracy i jakoś nie widziałam i jakoś nawet w marketach nie ma jakiegoś wielkiego natłoku związanego z halloween- ot, stojak ze strojami ( jeden) i tyle.
Ale na zaprzyjaźnionych blogach troszke buczy o tych hałach, więc wysiliłam mój spuchnięty do wielkości ziarnka maku mózg i się zastanawiam ;)
I tak- kontra: hamerykański zwyczaj, niczym nieuzasadniony, wywodzący się wprost z czystej checi zarabiania na sprzedaży słodyczy, a odbierający pola naszemu świętu zadumy.
Pro- coś się dzieje i dzieci chcą.

Moja kontra- oprócz tego, że coś się dzieje, to dzieje się jakoś tak bezmyślnie. I choć nie wiem, czy akurat myślenie ma nakręcić ta cała zabawa, to jednak wieje mi cholerną pustką.
Moje pro- bardzo mi sie podoba, że ta zabawa daje kopa rodzinom ( akurat tym znajomym w liczbie dwie sztuki, które w to są zaangażowane), zeby pobyć razem. Rodzice z dziećmi wycinają buźki w dyniach, i robia inne makabryczne dekoracje w stylu "paluchy wiedźmy". Jak myslę- to nieoceniony kapitał dla dzieci na przyszłość. Wspólne chwile śmiechu, i nauki poprzez zabawę. Jak kiedyś. A nie jak teraz, ze każde osobno przed swoim laptopem.

I wreszcie dynia jako nośnik smaków wielu.
W tym roku chciałam się zaprzyjaźnić jakoś bardziej z dynią, a potem ją zjeść :)
Z dyni robiłam tylko zupę, kostke do marynaty i farsz do nalesników. A to mało.
I najpierw poszły kopytka Antoniego, takie: http://kuchnianagazie.blogspot.com/2010/09/kopytka-i-z-dyni.html i tak mi się spodobały, że postanowiłam nabyć dynię w celu wykonania z niej bezsmakowego musu wieloczynnościowego zastosowania- na zupę, na farsz, na coś jeszcze.

I właśnie dziś nadszedł ten dzień, kiedy mam czas no i mam surowiec w postaci dyni, by to wszystko zrobić.
I tak: jedna dynia została sprowadzona do roli kostek z miąższu, lekko ugotowana i potrakowana melakserem. Zostanie zapasteryzowana na zaś- do zupy, do kopytek, do masy, która wzbogacona różą, lub czymś innym bedzie robić za farsz do naleśników lub ciast.
Masa różana wywodzi się stąd, ze konfitura różana jest dość cennym surowcem, żeby ją stosować samodzielnie. W dodatku samodzielnie - to dla niej niezbyt dobrze. Bo jest mocno aromatyczna i mdła przez to. A wspomożona jakims neutralnym tłem - wydobywa z siebie najlepsze elementy smakowe i zapachowe. Neutralne tło może robić jabłko, gruszka, albo właśnie dynia. Taki pomysł podsunął mi kiedyś Fil a tym roku postanowiałam wprowadzić go w czyn, produkujac neutralny mus do ( między innymi) tego zastosowania.

Druga dynia została upieczona.
Dostanie dodatki jakieś ( zaraz się zobaczy, a potem dopiszę) i będzie robić za farsz do ravioli.

Tak mi się przesunął obraz z tła, które towarzyszyło mi przez ostatni miesiąc, do pola głównej akcji.
A rzeczy nieuchwytne, jednak majce wpływ- imponderabilia ujawniły w postaci dyni :)

sobota, 23 października 2010

Kto się ze mną natrąbi?

Mam szczerze dość wszystkiego... Cholernych DŁT, ganiania od świtu do nocy, klientów, sztucznych kwiatków i permanentnej trzeźwości.
Wczoraj sobie popłakałam ze złości, ale to mało.
Po 4 godzinach ożywczego snu, którego krótkość była spowodowana wykonywaniem przeze mnie zamówienia dla klientki, jakoś mi się udało wyleźć z wyra i do rzeczonej klientki dojechać.
Ona zapomniała, że mamy przyjechać, mimo, że to ona narzuciła nam taki termin, mimo, ze miała zapisane w kalendarzu, mimo, ze dzień wcześniej dzwoniłam, żeby potwierdzić termin... Zapomniała i nie przygotowała sobie miejsca na kompozycje... Zdusiłam przekleństwo, powiedziałam "dziekuję, do widzenia" i se poszłam. Stroiczki dostali inni klienci. U kolejnej klientki zaliczyłam lekcję matematyki... A moze zresztą, to nie matematyka, tylko marketing? W każdym razie ja zawsze myślałam, że tańsze jest to, co kosztuje mniej. Otóż nie! Tańśze jest to, co klient nazwie tańszym. I jeśli stroik podobnej wielkości, w takim samym naczyniu, z podobnego materiału, tylko nie układany, a wyglądający tak, jakby ktoś niewidomy namacał se coś, maczał w kleju i rzucał i gdzie się przyklei, tam zostaje, kosztuje 18 zł- to on jest tańszy niż stroik ułożony, może nie jakoś misternie, ale jednak ułożony- za 13 zł. Zmełłam przekleństwo, wypisałam fakturę, pojechaliśmy.
Wróciliśmy, od razu do pistoletu, mimo, że po pierwsze- chciałam spać, po drugie chciałam spać, po trzecie- pieściłam sobie w głowie taki obraz, że oto biorę grubego kija, choć nie za długiego i rozpierdalam coś w drobny mak, krzycząc i przeklinając.
Napić się nie mogłam, bo zdefraudowałam stroiki dla pani, co se miejsca nie przygotowała, więc musiałam je zrobić. A alkohol i praca ( w sensie że łącznie ) nie idzie w parze. Przynajmniej w mojej etyce zawodowej...
Oparzyłam się :( ale jak! Na wewnętrznej, tej wrażliwej części przedramienia, kapnął mi klej, rozlał się, a ja w takim amoku jakimś, chwyciłam za już zastygnięty i chciałam go oddzielić od swojej tkanki... Urwałam zastygnięty plastik, razem ze skórą. Przemyłam ranę własnymi łzami, ale kurde- boli i kolejna blizna po oparzeniu zaliczona...

No i dziś mam wszystkiego dość. Zakupiłam alkohol- tani, na drogi mnie nie stać i mam zamiar się nadupcyć... Ktoś ze mną?
Mam wódke czystą, cytrynówkę, miodówkę i żurawinówkę. W myśl zasady: wszystko jedno, z czego mi źle, byle, że rzygam.

Gotuję też- rosół i łopatkę w sosie. Naszła mnie chęć na placki- zbóje, ale nie mam wołowiny na gulasz, wiec robię łopatkę w sosie paprykowym, dziś zjem z plackami, a jutro może kopytka zrobię? Nigdy nie jadłam kopytek. Nie przepadam za kluchami ziemniaczanymi, ale czasem robię śląskie gumiklajzy, czyli śląską świętość, a kopytka to jadłam tylko szpinakowe. Ale może zrobię takie zwykłe ziemniaczane.

Dobra, koniec marudzenia- siup! ( zdegustowałam miodówkę z sokiem jabłkowym i degustuję właśnie cytrynówkę z sokiem bananowym)

Zapomniałam wcześniej napisać
Ja się tez zakochałam.
Oto on:
Rojnik.
Na razie nie ogarnięty, bo nie mam odpowiedniego naczynia. Piękny jest.

No to tyle.

Siup!

środa, 20 października 2010

DŁT na okrągło, a pomiędzy nimi...

Październik w pełnym rozkwicie, więc robię stroiki. Przeważnie Duże, Ładne, Tanie ( DŁT)
Zdecydowanie mniej niż w poprzednich latach, ale ciągle jeszcze sporo.

Może to kwestia nastawienia, a może tak wyszło, ale znajdujemy czas, żeby pobyć trochę z naturą, póki jeszcze jest taka ciepła i przyjazna.
Wczoraj mieliśmy "okienko", miedzy jednym klientem, a drugim i gdzieś się musieliśmy podziać.
Poszliśmy do lasu.
Pogoda piękna- ciepło, słonecznie. Wejście do lasu było okolone w płonące młodymi dębami ramy ;)
Nazbieraliśmy żołędzi i trochę kory brzozowej- wycinka była i pościnane brzozy, jakiś czas już gałęzie leżały, wiec kora łatwo dawała się obrać.
Pooglądałam sobie z bliska mszaki. One są naprawdę piękne! Takie dywany bielistki, klęczałam nad nimi i najpierw były takie srebrzyste, bo muśnięte rosą, a jak je pogłaskałam i starłam tę mgłę, to zrobiły się ciemno-soczysto zielone. Normalnie cuda!

A dziś byliśmy służbowo w Brennej. To tak miejscowość letniskowa w Beskidzie. Samo miasteczko jest ładne i takie typowo górskie. Pięknie położone w kotlince, okolonej lasem. Wiecie jaki ten las jest teraz ;)- kolorowy, bardzo kolorowy. Tak się zastanawiałam nad jesienią ostatnio i sobie pomyślałam, ze tak mocno oddziałuje na zmysły, że ani słowo, a ni fotka, ani obraz nie oddadzą tego całego bogactwa- zdjęcie spłyca, obraz nie chwyci tego cudnego łagodnego światła i kolory odda jarmarcznie, a słowa... Ja nie umiem ich znaleźć, niestety.

Ale napawanie się widokiem jest bezcenne ;) poprawia samopoczucie i jest absolutnie za darmo, hi.

A wracając zatrzymaliśmy się nad Wisłą w Skoczowie, narwaliśmy rdestnicy do stroików, posiedzieliśmy nad rzeką. A dokładnie, to luby rwał patyki, a ja siedziałam nad rzeką, kontemplowałam kolory, żałując, że łaska wiary jakoś nie była mnie akurat dana, bo jakoś w nastroju byłam do dziękowania, a komu dziękować za te cuda wszystkie- nie bardzo wiedziałam.
Normalnie to bym tez wlazła w te chaszcze i też rwała patyki rdestowe, ale ponieważ rano Pani Fryzjerka wyczarowała z moich włosów jakąś formę określoną, to ubrałam się stosownie do nowych włosów- w sensie obcasy, spódniczka, makijaż... Strój niezbyt odpowiedni do podboju chaszczy, a obuwie w szczególności.
No i tak sobie posiedziałam nad rzeką, patrzyłam w wodę, a luby wyciągał rdesty.
A na koniec luby mówi- kamień sobie znajdziemy!!!
A ja mówię- ale moje buciki!
Pokiwał głową i mówi- szkoda, ze nie chcesz uczestniczyć w Procedurze Odkrywania Odpowiedniego Kamienia Do Kiszenia Kapusty... ( i w dodatku powiedział to z Bardzo Smutną Twarzą...)
To poszłam z nim po kamień...
PO 20 krokach- w pokrzywach, błocie i innych pnączach luby mówi- tutaj naprawdę w tych butach się możesz połamać, wracamy...
Ale jakie wracamy? jak buciki całe w błocie, ja żyje, a kamienia nadal nie ma?
No to zeszliśmy w jeszcze większym błocie do samego brzegu, luby wszedł na kamienie i znalazł odpowiednie- w kształcie góralskiego chlebka, od spodu płaskie. Jeden duży, drugi mały.

Czuję się mocno zbudowana wczorajszym tuleniem mchu i dzisiejszym ogladaniem gór, drzew i rzeki.

Wrócić mogę już do stroikowego dawania dupy, czystej komercji i plastiku. I dam radę :)
W końcu sama chciałam, nie?

sobota, 16 października 2010

Chcę!

Chcę przeżyć niedzielę, jak prawdziwy dzień pański.
Chcę się odprężyć, chcę odpocząć, chcę pobyć z lubym...

Szykuję się :)
Spałam 14 godzin non stop, aż mnie kości bolą...
Zrobiłam wszystkie DŁT..., posprzątałam, wyodkurzałam, wymyłam wszystko, co się da...

A jutro... :)
Pójdziemy na spacer- nazbieramy modrzewiowych szyszek, mchu i liści...
Zjemy obiad z naszym tatą... Nic specjalnego, zwykły obiad niedzielny- sałata, udka, ziemniaki...
Dokończymy wszystkie stroiki...

Jutro będzie pięknie!

Tak właśnie chcę...
I tak będzie :)

Trzymajcie kciuki :)

Dopisane:
Po owocnym sam na sam w wujkiem google, stwierdziłam, że jednak nie będę zbierać mchu...
Większa część gatunków mchów i porostów występujących w Polsce jest pod ścisłą, lub cześciową ochroną gatunkową. Częściowa ochrona oznacza możliwość pozyskiwania tej rosliny za zgodą odpowiedniego urzędnika.
Ale to już nawet nie o to chodzi.
Tylko to swiństwo niszczyć rzadkie okazy przyrody. Wyczytałam też, ze mchy za sprawą swojej budowy zatrzymują wodę w ekosystemie, co przeciwdziała erozji.

Zresztą zobaczcie sami, jakie one są piękne:
http://www.powiat.kolobrzeg.pl/5/a/mszaki/mszaki/slides/biczyca.html

Niech zostaną, tam gdzie są.
A mech do stroików kupię na giełdzie- przyjeżdża do nas z krajów, gdzie nie jest pod ochroną. Chrobotek, bielistka, rokiet...

wtorek, 12 października 2010

Słoiczkowanie :)


Miałam taki plan, żeby oprócz oliwek i musztardy, do przyszłego sezonu nie kupić ani jednego słoika z przetworami.
I wygląda na to, że mi się udało :)))

Pochwalę się moja spiżareczką :)
Od sierpnia ( późno zaczęlam, bo byłam w podróży, cholernie długiej, wydawało mi się nawet przez moment, że w ogóle nie uda nam się wrócić do domu) przerobiłam myslę, że ponad 50 kg ogórków- i mam na kilka sposobów:
- kiszone- tradycyjne i ostrrrrrrrrrrre- z papryczka chili
- konserwowe- jedynie słuszne "teściowej", mniej słuszne, bo na ostro z chili
- w zalewie miodowej
- w zalewie musztardowej
- krokodylki- specjalnie wybierane maleńkie ogóreczki ( takie 3 cm), po necie krażą jako ogórki po chińsku- w oleju czosnku i chili

Papryka:
- słodko- kwaśna w occie
- grilowana w oleju
- przecier z papryki
- marynowana papryka nadziewana sałatką z kapusty i z czego tam jeszcze miałam ;)- eksperyment

Buraki:
-Kwas buraczany na barszcz
- słodko- kwaśne z papryką
- z czosnkiem

Cukinia:
- w zalewie curry
- z pomidorami

Pomidory:
- kiszone ( zielone i koktailowe)
- pomidory takie bez skórki
- przecier pomidorowy
- pomidory suszone
- pomidory duszone z papryką
- dżem z zielonych pomidorów

Jabłka:
- jabłka kiszone
- dżem dla Anovi- jabłka, ananas, cynamon, pieprz seczuański
- konfitura z jabłek z cynamonem

Brzoskwinie:
- w syropie
- konfitura i dżem z brzoskwiń

Ananas:
- kawałki w syropie
- dżem ananasowy

Róża:
- ocet rózany
- konfitura ucierana na zimno

Śliwka:
- powidła

Gruszki:
- w occie
- marynowane z trawą cytrynową

Biała kapusta kiszona
Modra kapusta do śląskiej świętości ;)
Kukurydza- takie ziarenka do sałatki, na słodko i na ostro.

Marynowane podgrzybki

Pewnie coś jeszcze, co w jakimś szale wrzuciłam do gara i razem zmieszałam ;)))

Mam jeszcze masę dżemów z tamtego roku- z pigwy, z porzeczek, z agrestu, z malin ( żótłych i czerwonych), a nektarynek, z truskawek, z aronii.
Mam jeszcze tez z tamtego roku kilka chutneyów- z zielonych pomidorów, ze śliwek, z rabarbaru, z gruszek i z nektarynek.
Nie robiłam tych najbardziej wydziwianych- morelowych z wanilią, czy jezynowych z bazylią. Moreli to w ogóle nie widziałam ani jednej w tym roku, a jezyny były koszmarnie drogie, maliny zresztą też.
Z braku finansów nie zrobiłam też ani jednej nalewki...

Jeśli trafi mi się fajna, mięsista papryka, to jeszcze zrobię kiszoną, dla mojego super fajnego szwagra.

Ale ogólnie to sezon słoiczkowania raczej już się zakończył.

Dziś mi dała popalić modra kapusta- rzucała mi kłody pod nogi od samego początku- najpierw ocet balsamiczny okazał się zmienić postać z płynnej na stałą, potem ta kapusta mi się zaczęła rozmnażać, pakowałam do słoików i pakowałam, w sumie mam coś przeszło 20 słoików kapuchy.
A na koniec okazało się, ze ktoś musi posprzątać w kuchni. I znów się okazało, ze to mam być ja.
A kapusta i fioletowy sok z niej fruwały wszędzie- na płytkach na ścianie, na podłodze, na szafkach...
Posprzatałam, ale tylko tak z grubsza.

Oprócz tego, ze zamierzam to wszystko jeść, to jeszcze mam taki plan, ze podobnie, jak w tamtym roku, przygotuję kosze z domowymi przetworami w ramach dodatku do prezentu na Boże Narodzenie.
Słoiczki dostaną ładne naklejki, i czapeczki, zostana zapakowane do koszyków wiklinowych i wraz z piernikami i domowymi pralinami będą ( mam nadzieję) cieszyć moich bliskich.

P.s
Musztardę tez kiedyś robiłam, ale póki co, taka ze sklepu mi lepiej smakuje :)

niedziela, 10 października 2010

Rozmówki domowe :)

Dostaliśmy od klientki truskawkę ( w sensie sadzonki) Truskawka jest ponoć całoroczna, nawet teraz ma różowe kwiatki i owoce. I luby mówi do niej, pielęgnuje ją i mówi do mnie:
- Wiesz, oszalałem na punkcie tej truskawki
- Jaka szkoda, ze nie oszalałeś na moim punkcie... - odpowiedziałam
- Na twoim punkcie to juz dawno temu oszalałem.
- A nie boisz się, ze moge być zazdrosna o truskawkę?
- ja się boję, ze truskawna moze być zazdrosna o ciebie.

:)

Wczoraj nadużyłam alkoholu. Moze nie tyle w sensie ilości, co dorwałam się do ginu i ze trzy drinki wypiłam, co nie było dobrym pomysłem po tak długiej abstynencji. No i dziś się źle czuję ( to eufemizm, hi dopiero teraz udało mi się bez słabości i potów występujących wyprostować się do pionu, wcześniej każda próba ustania na nogach kończyła się tak, ze miałam wrażenie, że zemdleję)
I tak sobie marudzę
-Ale kuku sobie zrobić na własne życzenie, czemu jestem taka głupia?
A luby:
- Jak brzmi prawidłowa odpowiedź? ( z chytrym usmieszkiem i przewracając oczami)

Lubię Go bardzo :)

Miłej niedzieli, ja muszę chwycić ostatecznie pion i zabrać się do robienia DŁT, który to obowiazek wczoraj , upojona ginem, beztrosko porzuciłam...

Oto mrożące krew w żyłach wiadomosci z ostatniej chwili:
Truskawka miała wypadek!!! Kiedy leżakowała na balkonie, chwytając ostatnie promienie słońca, uchwyt na którym była zawieszona, pękł!!!
Obecnie przebywa na obserwacji, dobre ponformowane źródła podają, zę wszystkie owoce na całe, oraz kwiaty. Jest wyraźnie poturbowana.
Poproszony o opinię światowej sławy ekspert zajmujący się powypadkowymi traumami wśród truskawek, jest poważnie zaniepokojony tym zdarzeniem, oraz wyraża obawę o dalszy jej rozwój.
Pytanie o to, czy mieliśmy do czynienia w wypadkiem, czy moze celowym działaniem dywersyjnym pozostaje otwarte.

No...
Poszłam w odstawkę.
Za to wykonałam wszystkie zaplanowane DŁT, chleb się piecze i tylko ten wkurzony krasnoludek w głowie, postanowił właczyć wiertarę...

czwartek, 7 października 2010

Podróż służbowa do Krzywaczki

Pojechaliśmy dziś do klientki w Krzywaczce- to jest wieś w okolicach Myślenic.
W tych naszych wyjazdach zazwyczaj robię za GPS-a, ale ponieważ jechaliśmy trasą już wielokrotnie przebywaną, przewodnik nie był lubemu potrzebny, więc włączyłam sobie strumień świadomości ;)
Bardzo lubię jechać autem, kiedy nigdzie nam się nie spieszy, a efekt finansowy jest pewny i powiedzmy, że satysfakcjonujący ;) układam sobie wtedy plany na kolejne dni, układam swój plan pracy, swój grafik, planuje, co ugotuję, wymyślam nowe potrawy i nowe figury miłosne...
I tak jednym uchem wyłapuję strzępki tego, co w radio, a drugiem okiem rejestruję zmieniające się krajobrazy za oknem, a w głowie kawałki niepowiązanych myśli, wywołanych to tym, a to czym innym.
I tak ucho złapało wypowiedź z radia, że statystyczna Polka rodziła w jakichś-tam latach trzy przecinek sześć dziesiątych dziecka. I w tych rozproszonych myślach próbowałam sobie wyobrazić, jak te sześć dziesiątych dziecka wyglądało... Makabra i absurd.

Oko wyłapało, że już zaczynają kwitnąć marcinki- takie chryzantemki w kolorach od fioletu do niebieskiego. Bardzo je lubię, bo przypominają mi chłopaka ze szkoły o tym imieniu. Przypomniało mi się, jak fascynował mnie Marcin o niezwykłych zielonych oczach, które patrzyły aż do samego środka człowieka i niebywałej wprost inteligencji.
kurcze, a tak nam się nie składało... ;)))
Pomyślałam jeszcze, że może jest na NK, ale w sumie odrzuciłam myśl, żeby go tam szukać- nie umiem i nie chcę go sobie wyobrażać w tym plastikowym świecie. Takim nowym i wspaniałym...

Z błądzenia myślami w czasach dwadzieścia lat temu skończonych wyrwał mnie głos lubego, taki znudzony i zniecierpliwiony i taki rozchichrany, powtarzający: "no, panie bobolewski i panie bobolewski" wróciłam wiec do rzeczywistości i słucham- w radio Em ( to takie katolickie lokalne radio, ale nienachalne, przedstawiający świat z punktu widzenia osoby wierzącej, ze spokojną muzyką i bardzo ciekawymi felietonami pana, który recenzował moja pracę magisterska. W sumie- czekam na te felietony, bo nie dość, że ciekawe, to jeszcze opowiadane naprawdę przyjemnym męskim głosem) no i w radio Em leciała właśnie taka modlitwa, która mi robiła za świetny podkład pod rozmyślania... W modlitwie tej się powtarza ( przynajmniej w wersji, która codziennie jest w tym radio) " dla jego bolesnej męki, dla jego bolesnej męki- taka wersja śpiewana jest... Luby widocznie tez się zamyślił i też wyrwało go z zamyślenia powtarzane coś co zinterpretował jako : "panie bobolewski, panie bobolewski"
Chwilkę pochichraliśmy się razem, wymienili uwagami na temat zmieniającego się krajobrazu, urody okolic Kalwarii Zebrzydowskiej i rzeczywiście moja uwagę przykuło stojące we wszystkich chyba kolorach jesieni drzewo. Pomyślałam sobie, że jak będziemy wracać od Pani Małgosi, to staniemy gdzieś i nazbieramy takich liści. I natychmiast pojawił mi się w głowie projekt stroika dla Kojonkosky- ułożyło mi się w głowie, jak wkomponować w podkład z suszonych liści eszewerię, która koniecznie chciała mieć w stroiku Kojonkosky. Zapaliłam się do wykonania ;)

I znów w ucho wpadło:

Wilki

Słońce pokonał cień

1. Tyle przyjaźni, tyle wspólnych tras
Tyle niewiedzy ile wiary
Nie było zdrady w nas
Czasami z Bogiem a czasami bez
Z fajnymi łobuziakami
Szukałem śmierci-wiem
To był prawdziwy chrzest

Ref. Był czas
Muzyka była dla nas wszystkich jak bóg
Było szaleństwo dusz | x2

Słońce pokonał cień
Słońce pokonał cień

2. Wsiadaliśmy w długie łodzi we mgle
I każdy płynął jak najdalej
Pogubiliśmy się
Były dni, były piękne dni
Teraz zostały mi zdjęcia przyjaciół
z zamkniętymi oczami

Ref. Był czas... | x2


I znów taki wzruszony i lekko zawstydzony tym wzruszeniem głos Mariusza : "Ci przyjaciele z zamkniętymi oczami, to bardzo przemawia do wyobraźni, prawda? "
Oj, przemawia, przemawia... :( Tylko do Niego przemawia inaczej, niż do mnie. On swoich przyjaciół pożegnał i odprowadził... tam. Moi zamknęli oczy...
Ale by odgonić te niefajne myśli, które zupełnie nie pasowały do łagodnego światła i świata bezpiecznego strumienia, powróciłam do słów "były dni, były piękne dni"... I tym sposobem wróciłam znów myślami do pewnych zielonych oczu ;)))
A chwilę potem, mgła która się panoszyła aż do popołudnia się rozproszyła i słońce pokonał mgłę :D

Taki to strumień świadomości sobie zafundowałam w podróży służbowej do Krzywaczki w dniu siódmy października 2010 roku :)

poniedziałek, 4 października 2010

Doktór rzekł:

Ni ma nowotwora w wynikach biopsji!!!

Jupi!

Miałam przeczucie, że będzie dobrze! ( ale to nic nie znaczy, bo ja mam zawsze taką myśl przewodnią- że będzie dobrze)
Ale tym razem jest!

Dzięki wszystkim za kciuki!

I siup :))

Wielki, wielki kamol z serca....

Nie umiałam sobie wyobrazić, ze moja Mama musiałaby przez to iść...
Na szczęście- nie muszę...


Dziewczynki z Wielkiego Żarcia- proszę przekażcie moje podziękowania i dobre wieści tym, którzy trzymali kciuki za moją Mamę...

piątek, 1 października 2010

Dawno nie było nic o jedzeniu ;)))

Już po północy, więc nie będę nic jeść, ale trochę ponawijam o jedzeniu ;) ( choć co niektórzy twierdzą, ze utyć można od samego patrzenia. Ja traktuję jak taki sam mit, co wielokrotny orgazm)

Anovi narobiła mi smaka żurkiem. Zapachniało do klawiatury żurkiem, czosnkiem i majerankiem.

Żurek robi się tak: miesza się zakwas z wywarem :)

Zakwas najlepiej wyprodukować samemu ( ponoć te sklepowe są fałszowane octem), poza tym ja uważam, ze obserwowanie pracującego zakwasu jest przeżyciem niemal mistycznym. Dziwnie mi się o tym pisze, bo to w końcu tylko bąbelki. Ale najpierw jest tylko kilka, potem się robi ich coraz więcej, więcej, aż w końcu cała powierzchnia zakwasu jest przykryta kożuszkiem.

Zakwas można wykonać z każdej jednej razowej mąki- robiłam już żytni, jestem cholernie ciekawa zakwasu na mące gryczanej ( myślałam, że sobie kupię, ale chwilowo nie stać mnie na fanaberie), z pszennej mąki robi się ( moim zdaniem, bo do końca nie wiem) biały barszcz.

A w ogóle to ciekawe jest- kiedyś chciałam przesłuchać wujka googla na okoliczność barszczu i dowiedziałam się następujących rzeczy: początkowo barszcz był polewką biedoty i był wykonany z kiszonych łodyg rośliny zwanej barszczem. Roślina jest trująca, ale pozbawiona środka łodyga i jeszcze ukiszona dawała smaczną zupę. Ja kisić rośliny zwanej barszczem nie zamierzam- ta roślina jest silnie toksyczna, szczególnie w wysokich temperaturach- wywołuje bardzo silne poparzenie skóry, skutkujące bardzo trudno gojącymi się ranami.
Wracając do barszczu- później barszczem nazywano wszelkie zupy, których bazą było coś ukiszonego- buraki, mąka. Ciekawe czemu na naszą ogórcankę nie mówi się zielony barszcz?
I wedle tej zasady zur, czy też żurek powinien się nazywać barszczem ;)

Z drugiej zaś strony słowo "żur" pochodzi prawdopodobnie od niemieckiego słowa sour ( nie wiem dokładnie, nie znam niemieckiego) i oznacza tyle, co "kwaśny"- i wedle tej nazwy czerwony barszcz powinien się nazywać "czerwonym żurkiem", a ogórkowa "zielonym żurkiem".

Przepisów na żurek jest pewnie tyle, ile gospodyń- może być w wersji postnej- na wywarze warzywnym, albo grzybowym, z dodatkiem jaja gotowanego. Może być na wywarze mięsnym z dodatkiem kiełbasy, boczku. Może być też w wersji eksklusive- ze wszystkim ;)- z mięchem, jajem, grzybami. Na Śląsku podaje się najczęściej z ziemniakami, w innych rejonach taki sposób podawania żurku dziwi, ponieważ podaje się najczęściej z chlebem, lub w chlebie.

Maddalena mnie kiedyś pytała, jaką szkołę reprezentuje mój żurek- kaszubską, czy śląską.
A a myślę, ze mój żurek jest "fusion"- to taki zlepek różnych stylów, wypracowany metodą prób i błędów.

Najbardziej lubię żurek na zakwasie owsianym. Ma on dla mnie bardzo wiele zalet- jest łagodniejszy w smaku od żytniego. Płatki owsiane są tanie i wszędzie dostępne, nawet w całodobowym sklepie do którego mam 27 kroków.

2 szklanki płatków owsianych
ok 2 litry przegotowanej wystudzonej wody
czosnek- ja lubię dużo, więc przekrawam całą główkę czosnku ( w łupinkach) na pół i wrzucam do naczynia. Można czosnek obierać, ja uważam, że fajniejszy smak ma czosnek w łupinkach.
Mam taka kamionkową beczułkę, w której zakwas przygotowuję.
Zalać płatki wodą, dodać czosnek, odstawić na 3- 4 dni. Można proces kiszenia przyspieszyć dodając łyżkę wody spod ogórków kiszonych, lub łyżkę żurku z poprzedniej produkcji, lub skórkę razowego chleba ( o ile mamy pewność, ze chleb jest na zakwasie i pozbawiony chemii- dodawanie chleba z polepszaczami i bez zakwasu moim zdaniem mija się z celem).

Zakwas po jednym dniu zaczyna już w widoczny sposób pracować- na powierzchni pojawiają się najpierw nieśmiałe, pojedyncze bąbelki, a potem jest ich coraz więcej i więcej. Zaczyna pachnieć zsiadłym mlekiem- bardzo przyjemnie i kwaśno.

Po 3- 4 dniach zakwas jest gotowy.
Zużywam tylko część, wiec resztę - w zależności od przewidywanego czasu kolejnego przygotowywania żurku- przechowuję w lodówce, lub pasteryzuję w słoikach ( pasteryzacja przerywa proces kiszenia)
 Zdjęcie: Riannon

Wywar
Dla mnie musi mieć wyraźnie wędzoną nutę. Dlatego najczęściej gotuję zakwas na wędzonych kościach. Ale jeśli nie mam, to gotuję na czymś innym wędzonym- kiedyś przywiozłam mojej siostrze zakwas żytni i zrobiłam jej żurek na 3 frankfuterkach ;)
Białe jarzynki ( pietruszka, seler) marchewka, cebula z wbitym goździkiem, plasterek imbiru, ziele, listek, ziarenka pieprzu, ząbek czosnku, mały kawałek fenkuła, jeśli mam- to kilka ostruganych wiórków korzenia chrzanu i mieszanka "zielonego"- natka pietruszki, natka selera, lubczyk, zielone części pora. Sól na końcu- wędzone bywa słone.

Gotuję to ok godzinki. Przecedzam, zbieram tłuszcz ( jeśli jest), do przecedzonego wywaru dodaję zakwas w proporcji- pół litra zakwasu na 2 litry wody. Jeśli za mało kwaśny- dodaję jeszcze trochę zakwasu. Zakwas razem z płatkami! Przyprawy wyrzucam
Białe jarzynki i jedną marchewkę ( jeśli gotuję wywar na wędzonych kościach to kości obieram, jeśli na czymś innym wędzonym- to to wyciągam i kroję w małą kostkę) blenduję razem z płatkami i mięsem w zupie- jarzynki i zmiksowane płatki dają mi wystarczającą gęstość zupy. Marchewka tylko jedna, bo zmienia kolor na pomarańczowawy, a mnie się podoba jasny żurek :)
Przyprawiam- jeszcze ze 2 ząbki czosnku, łyżeczka chrzanu tartego i dużo majeranku. Jeśli trzeba to sól.
Dodaję zahartowaną śmietanę.



 Zdjęcia: oczywiście Riannon

Nalewam do misek i podaję z jajkiem, a dla lubego - z przesmażoną z cebulką kiełbasą i z jajkiem.

W wersji wielkanocnej- do gotowania wywaru daję jeszcze suszone grzybki, uprzednio namoczone, wraz z wodą, w której się moczyły.

Kiedyś na Wielkanoc zrobiłam jeszcze przepiórcze jajka w płaszczyku z mielonej cielęciny- takie mini- mielone z niespodzianką w postaci jajka przepiórczego.


Lubię posypany koperkiem i z chlebem. Ale czasem tez jem z dobieranymi ziemniakami pokraszonymi skwareczkami i smażoną cebulą.

No :)
To ja się odmeldowuję do kuchni, w celu zainicjowania procesu produkcji zakwasu owsianego :)

Dopisuję:
W toku różnych rozmów na temat tego żurku wyszło parę niejasnych punktów:
Po pierwsze temperatura w jakiej powinien być trzymany zakwas. Zakwas potrzebuje ciepłego miejsca. Dobrze się ma w temperaturze powyżej 20 stopni. Jeśli ma za zimno, to nawet nie "ruszy". Jeśli zmieni się temperatura ( ochłodzi się, ale dość znacznie, o kilka stopni), kiedy zakwas już zaczyna pracować, to wtedy zakwas się zepsuje, będzie brzydko pachniał, zrobi się gorzki i czarny.

Po drugie: kwestia zamknięcia słoika.
Ja mam taką beczułkę z niehermetycznym zamknięciem. Przykrywam szmatką i na to kładę wieczko.
Myślę, nawet sama szmatka, na ściągnięta gumką na zwykłym słoiku, by wystarczyła.

Po trzecie wreszcie ( i najważniejsze): z całego serca dziękuję Riannon za to, że chciało jej się uwierzyć w taki ( z pozoru dziwaczny) pomysł ukiszenia płatków i za wykonanie zdjęć, oraz przesłanie mi ich, bym mogła je umieścić w tej notce.
Bardzo mi miło, że również inne osoby korzystają z powodzeniem z tego przepisu.
Sanella- Tobie też dziękuję.

Jakby ktoś był chętny poczytać dodatkową dyskusję na ten temat, to zapraszam na forum

środa, 29 września 2010

Potrzeba wykrzyczenia swojego wkurwienia

Pani Doktór mi powiedziała, że somatyzuję emocje.
Cokolwiek by to nie znaczyło, obawiam się, że to niedobrze...
Piszczy mi w uszach, łupie mnie w krzyżu, mrowią mi stopy.

Będę krzyczeć!!!!

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!

!@#$%^&*() ( tutaj zadaję kłam twierdzeniu, jakobym nie potrafiła wyrażać się bez wulgaryzmów)

Jak ktoś chce sobie ulzyć, to zapraszam...

poniedziałek, 27 września 2010

Kruk krukowi oka nie wykole

I tak sobie myślę, że niezłe obyczaje panują wśród kruków...
I jeszcze, ze może by tak porzucić przekonanie o byciu wybranym narodem ( Wybranym Narodem, w skrócie WN) i zacząć brać przykład z kruków?

Jak mi wkurw, zażenowanie i poczucie wstydu przejdzie, to dopiszę resztę....
Wkurw na ciasnotę umysłową, ksenofobię, przekonanie o wyższości, pogardę...

http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Polak
Nie takie krzywe to zwierciadło...


Link od Alfy
http://tymochowicz.net/2010/09/26/w-obronie-prezesa-jaroslawa-kaczynskiego/

niedziela, 26 września 2010

Napowietrzanie szafy :)

Dwa ostatnie dni spędziłam na porządkowaniu ubrań.
Wyniosłam na śmietnik dwa worki, takie jak do gruzu swoich ubrań i jeden worek ciuchów lubego. Tej samej wielkości worek wypełniły bawełniane koszulki, do potargania, na ściery i szmaty. Dwa worki- wybrał sobie tata.

Przeprowadziłam ostrą selekcję- jak czegoś nie miałam ubranego przez ostatni rok- sru, do wywalenia. Bez sentymentu, ze jak ostatnio miałam ta spódniczkę, to tak pięknie księżyc świecił, bez przewidywania, że przytyję, albo schudnę. Pasuje- jedna sterta, nie pasuje- wypad do hasioka.
To co pasuje- jeszcze raz do przejrzenia- podoba mi się dalej- zostaje, mam wątpliwości- sru do wora.
Całe lato chodziłam w kilku spódniczkach i jednej sukience. Wiedziałam, ze mam inne, wygodne, ładne, kobiece, ale nie umiałam znaleźć. Teraz znalazłam. Fajnie, tylko szkoda, ze właśnie się skończyło lato.

O dziwo, luby, który jest zadeklarowanym chomikiem i czasem mam wrażenie, ze wyrzucenie czegokolwiek odczuwa, jako ból fizyczny- poszedł w moje ślady. Najpierw zrobił segregację co do rozmiaru. Po krótkiej walce, skutkującej najwidoczniej dogadaniem się z własnym ja ;)- rosły sterty- do wydania, lub do wywalenia. Kolejna selekcja- robocze, do spania. Znów krótka walka ze sobą, dogadywanie się z własnym ja- i sru ;)

Paradoksalnie - w końcu mam co na siebie włożyć :)
Mam poukładane, dostęp do wszystkiego, posortowane na ubrania letnie i jesienno-zimowe, na codzienne i uroczyste. Uroczyste- na oficjalne i galowo- balowe.

W szale robienia porządków wywaliłam tez dwa kartony barachła, z którymi nie mógł się rozstać mój chomik.

Po moim piątkowym dole nie ma śladu, tylko trochę gnaty bolą, za to czuję się spełniona i... pełna zapału do napełniania świeżo opróżnionych szaf :D

czwartek, 23 września 2010

Jak się ciulem urodzisz to kanarkiem nie zdechniesz...

... czyli jak Agik robiła pizzę.

Pizza chodzi za mną już od paru dni. Nawet miałam zagniecione ciasto drożdżowe, bo robiłam kiełbaski w cieście.
To miała być pizza idealna, pizza marzenie...
Z lesnymi podgrzybkami, duzymi listkami oregano, fetą, kolorową papryką i gruba warstwą ciagnącego się sera, domowym sosem pomidorowo- paprykowym na idealnie cienkim chrupiacym cieście. Koszmar senny każdej odchudzającej się. Milion kalorii.
Myslę sobie, że zrobię tak, jak w knajpie: rozwałkuje placuszek, posmaruję sosem, przesmażone grzybki, feta w kosteczkach, paski papryki na to ser i na to znów sos. Brzegi wywinę. Nie mam ani pergaminu do pieczenia, ani folii aluminiowej, bo to nie są rzeczy niezbędne, a z kasą bardziej niż krucho. Ale se myslę: spód się spiecze, wiec bez problemu wyciągnę juz upieczoną.

I tak zrobiłam. Ułozyłam na blasze (tej od piekarnika), włożyłam do środka. Po minucie mnie tknęło, ze chyba cos nie tak zrobiłam. Wyjęłam blachę ( tylko w jednym miejscu się oparzyłam) i patrzę- co nie tak zrobiłam.
Nie wysmarowałam blaszki tłuszczem ;(
Forma, która powstała, kiedy odrywałam cienkie ciasto od blaszki nie przypomina pizzy. Nie przypomina również calzone. Pieroga też nie. To taka pośrednia forma pomiędzy roladą a pierogiem.

Czasem się zastanawiam, jakim cudem udało mi się zdać maturę, już nie mówiąć o studiach.
Fakt, ze sztuka robienia pizzy nie jest przedmiotem nauki na wydziale socjologii, ale jakas elementarna inteligencja przydaje się bardzo.

A pizza może będzie jutro...

wtorek, 21 września 2010

Tylko internet?

To miała być odpowiedź do komentarza Maddaleny, ale wyszło długie i mi wyrzuciło, jako "too long":)

Maddaleno
Co do logowania, to spróbuj tak: prawie na każdym blogu jest takie okienko: "obserwatorzy" i na dole "zaloguj" spróbuj w to kliknąć, powinno Ci się rozwinąć okno do rejestracji nicka- to jest opcja na większość blogów.
W tym samym oknie jest szablon do utworzenia własnego bloga- to coś, jak ubieranie choinki ;)
Wybierasz sobie świecidełka, kolorki, jakie Ci się podobają, naciskasz guziczki, wybierasz, piszesz.
I już :)

Co do samego pisania- mnie się długi czas wydawało, ze formuła bloga nie jest dla mnie jakoś szczególnie atrakcyjna, nawet niespecjalnie chętnie komentowałam, choć sa blogi, które czytam w miarę regularnie od co najmniej 4 lat ( witwicka blog- polecam)i to czytam z wielka przyjemnością.
Po tym, jak mi się przelało, zbrzydziła mnie hipokryzja, dosrywanie i gnojenie i właściwie zostałam "sierotą" to najpierw myślałam, ze sobie odpuszczę całkiem neta i tylko będę raz na jakiś czas wisieć na gg. Ale tak się nie da. Przynajmniej ja nie umiem. Po takiej aktywności z jakiej jestem znana, przerzucić się tylko na robienie przelewów, kalkulacji dla urzędów i prasówkę- no, ciężko. To se umyśliłam, że będę pisać bloga. Tylko wtedy nie wiedziałam, że to tak wciąga, hi
Nie sądzę, żeby to była moda, bardziej potrzeba wypełnienia miejsca po czymś, co było ważne, ale znikło, zostawiając po sobie dziurę.

Poza tym, zakotwiczając się gdzieś w jakimś miejscu zostawia się za sobą ludzi, czy tez wyobrażenie o nich. Maddalenę ciągle widzę z czesanymi przez wiatr długimi włosami i w powiewającej pelerynie ;)
Ciężko przekreślić tyle chwil, kiedy człowieka się poznaje, a jakimś stopniu uczestniczy w radościach i smutkach, coś wspólnie przeżywa. Ja nie umiem, przynajmniej.

A co do czasu ;) nie bez znaczenia jest to, ze się ma internet w domu :)


A tak nie koniecznie na temat ;)- kto wymyślił internet? Może to temu gościowi należałoby postawić pomnik. Na przykład na Krakowskim Przedmieściu... I niekoniecznie musiałby być w kształcie krzyża.

niedziela, 19 września 2010

W czasie deszczu dzieci się nudzą

W słoneczna pogodę też.
Kilka dni temu młodzież wysmyczyła na dach przystanku autobusowego fotel i podpaliła go. Pochowani w krzakach, obserwowali, jak przyjechała straż pożarna ( przyjechali w ciągu 4 minut) i gasili pożar.
Przed chwilą podpalili jakiś plastik, bo unosi się czarny słup dymu. Schowani pod wiata trafoka, obserwują i się cieszą.
Nie ma soboty, żeby wracająca z baru młodzież nie zdemolowała aut. Czasem rysują karoserię gwoździami, czasem wyrywają lusterka i tłuką, czasem wyrywają anteny, czasem tablice rejestracyjne, bywa, że wchodzą na dach i skaczą po nim.
Czasem rzucają się koszami na śmieci, czasem je podpalają, czasem tylko wysypują zawartość.
Dodatkowe patrole policji tylko częściowo zapobiegają tym wybrykom.

Jeszcze kilka lat temu to było spokojne osiedle. Restrukturyzacja kopalni sprawiła, że z normalnych ludzi zrobili się menele. Założenia restrukturyzacji: górnicy, zrezygnuja z pracy i wezmą odprawę ( ok 40 tys zł) lub zrezygnują z pracy i będą pobierać ok 80% wynagrodzenia, przez okres 5 lat. W tym czasie nie moga podjąć żadnej pracy, co najwyżej założyć własną działaność gospodarczą.
Efekty- ci, co wzięli odprawę, przez pól roku, czy rok balowali, potem pieniądze się skończyły, ale problemy- niekoniecznie, pracy brak, zajęcia brak, chlańsko umila życie. Ci, co skorzystali z tej drugiej opcji- chleją. Co ma zrobić mężczyzna w sile wieku, który nie może podjąć pracy, bo straci prawo do emerytury? Nasza sąsiadka w ten sposób przeniosła się na drugi swiat- zachlała się na smierć. Bezpańskie dzieci chodzą i robią głupoty...
O naszym osiedlu raz na jakiś czas robi się głośno- chyba rok temu zazdrosny chłopak zabił 19- latkę, ciało porzucił w krzakach.
A chyba 3 tygodnie temu pan oszalał i zaczął strzelać do ludzi. Postrzelił 7 osób. Pewnie widzieliście w telewizorze. To 200 metrów od mojego balkonu się działo. Akcja antyterrorystów robiła wrażenie i wyglądała imponująco, co nie zmienia faktu, że szkoda człowieka, który gdzieś się w kłopotach zagubił...

Ot taka obserwacja w niedzielne popołudnie, jak to głupie działania władz potrafią zdegenerować i zepchnąć na margines społeczność, wraz z jej etosem i kulturą.

sobota, 18 września 2010

Czasami...


Niezbyt często, ale czasami się zdarza tak, ze świat jest absolutnie doskonały.
Rano budzi Cię głos lubego, który przypomina, ze do pracy trzeba iść, woda w wannie przygotowana do kąpieli i ulubiony kubek z kawą też czeka. Patrzysz na niego i widzisz w jego oczach czułość i jakąś taką troskę i Ci się natychmiast przypomina, czemu z nim jesteś już przeszło 16 lat.
W drodze do pracy, stoisz w korku i jakoś tak się cieszysz, ze niedługo będzie droga oddana do użytku i znów się świat troszkę przybliży.
Mijasz ludzi, jakichś takich pogodnych, życzliwych, gdzieś się spieszą, mają już pewnie zaplanowany wieczór.
Widzisz jak powolutku w lato zaczyna się wkradać jesień. Na razie jeszcze małymi kroczkami, tylko jarząbek ubiera się w kolorowe liście, ale już i światło nie jest takie ostre, tylko takie, jak na starych fotografiach-bardzo delikatnie zaciera kontury, właściwie, jak się nie przypatrzysz, to różnica może umknąć.
Odbywasz zaplanowane spotkania, rozmawiasz chwilkę z klientem, który wybitnie pozytywnie zdaje się oceniać Twoja pracę, chwilka rozmowy o życiu i o pogodzie, umawiasz następne spotkanie za 2 tygodnie, pozdrowienia i jedziesz z powrotem.
W drodze powrotnej robisz zakupy, kupujesz chleb ze spieczoną skórką i już wiesz, ze włoski na karku Ci się podniosą, kiedy będziesz go kroić, a małe drobinki będą odskakiwać. I cieszysz się że na ten chleb udało się zarobić. Kupujesz owoce i wino, na które nie za bardzo Cię stać, ale co tam...
Nie musisz się spieszyć tym razem, więc masz czas, by stanąć przy rowie, przy którym w jakiś absurdalny sposób rozrósł się rozchodnik- pewnie to uciekinier z ogródka. Do rozchodnika, który niedługo ozdobi Twój stół, parenaście kilometrów dalej- jak znajdzie się dogodne miejsce by na chwilę zostawić auto, dozbierasz gałązek ligustra.
Wracasz do domu i już wiesz, że czeka Cię tyyyyyle dobrego: będziesz coś pichcić wspólnie z lubym, masz czas na pranie, telewizję, książkę, rower- ilość możliwości wydaje się nieograniczona.
I wino.
Jak na zawołanie, w tym doskonałym dniu, w Twojej skrzynce, w której zwykle mieści się spam i monity z elektrowni, tym razem czeka list, na który długo się czekało. Taki dobry list.
Otrzymujesz też inne wiadomości- dobre, ciepłe, serdeczne, które mówią, jak to fajnie jest być razem, robić coś razem.

W tą ciepłą i puchata sobotę zostawiam Was z piosenką
http://www.youtube.com/watch?v=dcpr9cvwgxA i ligustrowym bukietem

Miłego!

Piosenka od Grażyny:

http://www.youtube.com/watch?v=ThT7F-1srFk

wtorek, 14 września 2010

Najpierw Was obgadam, a potem Was zjem :)

Taką zabawę wymyśliła kiedyś koleżanka z forum psycho. Z jaką potrawą kojarzy się nam dana osoba. Pomysł sobie pożyczyłam bez pytania.
No cóż - kolejna noc bez spania przede mną, jakoś się muszę zabawić...

Przy okazji ułożę menu ;)- w końcu to moje ulubione zajęcie

Aguś- to taka mała zabawna przekąska amouse-bousse ( tak to się nazywało?) babeczka z pełnej mąki, z kremem z serka z ananasem z lidla, ale w formie musu, z kokardką z szynki.

Kojonkosky jest jak chutney ze śliwek. Smak niby dobrze znany, słodki - ale zaszczypać tez potrafi imbirem i zakwasić octem. No i pasuje do wszystkiego ;)

Lukrecja jest jak pomidor z morską solą wędzoną- szybka i zaskakująca.

Alfa jest jak chleb- można by pomysleć, ze to cos najzwyklejszego na świecie, ale w zalewie podróbek, ten chleb nasz jest jednym z największych cudów. Prawdziwy chleb to jedna z najszlachetniejszych i najbardziej szczerych rzeczy na świecie.

Grażyna jest jak bulion- podstawa wszystkich dań. Swojski, a jednocześnie światowy. Dzieło samo w sobie i skąłdnik innej jakiejś całości. Mieszczący w sobie wiele treści- kolorowe warzywa, egzotyczne przyprawy. Punkt wyjścia i punkt dojścia ;)

Jaśka- to prawdziwe kołduny litewskie. Bez żadnych skrótów, ze treść przemielona, czy coś w tym stylu. Bezpieczne i soczyste.

Anovi jest jak włoskie danie, które gromadzi rodzinę przy stole. Niesie ze sobą zapach wakacji i słońca. I w ogóle całe pachnie tymiankiem i bazylią. Makaron z cukinią i suszonymi pomidorami z oliwą z pierwszego tłoczenia.

Antoni ;) pieróg tatarski- i juz nigdy nie będzie inaczej ;) - wielowarstwowy, puchaty, egzotyczny, staranny, soczysty, tajemniczy.

Inga jest jak woda. Krystaliczna, zimna, kojąca. Z cieniusieńkim plasterkiem grejfruta.

Tusiaczek- nie umiem się zdecydować, ale najbardziej chyba indyjskie samosy- tez pachące dalekimi podróżami i tajemniczymi historiami.

Mysia jest jak babka cytrynowa- dobrze znana, ale wcale nie taka słodka.

Tabathea jest jak konfitura z truskawek, ale z dodatkiem chili. Duże kawałki owoców, wielka prawda i poczucie bezpieczeństwa.

Smakosia, jak torcik rafaello, delikatna i zwiewna

Thuria- Ty już wiesz ;))) tiramisu- eleganckie, seksowne jak czekolada i subtelne.

Marla jest jak kosz z owocami. Błyszczące i matowe. Zmysłowe, pełne miękkich linii. Słodkie, ale i wiśnia się tez trafi.

Miauka jest jak młode wino z jeżyn. Wchodzi jak soczek, nie przymula, ale potrafi całkiem nieźle narozrabiać.

Maddalena to zielona herbata- wycisza, relaksuje, niesie za sobą skojarzenia tajemniczych rytuałów, dalekich krajów.

Nie mogę się zdecydować czy Zmorka to grzybki w occie ( oj napatrzyłam się), czy mamine szybkie ciasto drożdżowe?

Fil- nie wiem, czy pamiętasz, jak Cię kiedyś skojarzyłam, ale teraz mi się wydaje, ze coś innego, tylko jeszcze nie wiem, co :)Kwaśne jabłko chyba. Jeszcze musze pomyśleć.

Beata jest jak pasta chili. Mocno piecze, ale potrafi współpracować.

Athina- też muszę pomyśleć. Najpierw pokojarzyłam te ogórki, ale cos mi się zdaje, ze to za mało i zbyt jednostronnie. No chyba, że z miodem. ;)

Chyba nikogo nie obraziłam, co?

poniedziałek, 13 września 2010

Dość jojczenia i smarkania!

Zaświeciło słońce i wlała się we mnie jakaś nowa nadzieja.
Że mimo wszystko jakoś to będzie dobrze, że jakoś się poukłada, że może ta sieć będzie jednooka, a ja jakoś przez to oko...

że może warto wierzyć, nawet jeśli ta wiara głupia jest i zielona.

że warto wierzyć w człowieka.

O Pani Stasi już pisałam.
Ale to nie był jedyny przypadek, kiedy doświadczyliśmy bezinteresownej pomocy obcych ludzi.
Jechaliśmy kiedyś do Kłodzka, do klienta.
Jakieś 40 km przed Kłodzkiem zesrało nam się sprzęgło w aucie.
Przyjechał po nas ten nasz klient i sholował nas. To, ze w czasie tego holowania godziłam się już ze Stwórcą- to drobiazg ;) Jeśli jechaliście kiedyś ze Złotego Stoku do Kłodzka- to wiecie ;) - górki, zakręty, my na sznurku, a prędkość- kiedy zwalniał- 120 km/h ;)
Myślałam, że ze strachu się skicham :D
Jak dociągnął nas to nam kołpaki od kół poodpadały od gorąca :D

Ale to była dopiero połowa problemu- był długi weekend, my bez szczoteczek do zębów, majtów na zmianę, no bez niczego, w końcu jechaliśmy tylko na kilka godzin.
Nasz klient wywiózł nas na agroturystykę do swojego znajomego, zebysmy nie musieli płacić wielkich sum za hotel w miescie. Znajoma mówi- oj, to pewnie nie macie w czym spać, ja tu mam takie gościnne piżamki, nowe, nieużywane, po co macie kupować, ja to potem wypiorę i będzie.
Nosiłam wtedy szkła kontaktowe i jakoś je trzeba było zabezpieczyć, bo "serwisu" do szkieł tez przeciez nie miałam. Poszłam do apteki, żeby kupić sobie sól fizjologiczną. I pan Aptekarz mówi- niech pani zaczeka, ja zadzwonię do żony, ona tez nosi szkła kontaktowe, coś mi się zdaje, że ma taki zestaw startowy do pielęgnacji szkieł. No i zadzwonił, żona przyjechała, przywiozła mi ten zestaw i nie chciała pieniędzy. Mówi- może kiedyś ja też będę w potrzebie i wtedy moze do mnie to wróci.
Majty, mydło, szczoteczki kupiliśmy, odpoczywaliśmy w okolicach Kłodzka przez długi weekend, a po weekendzie znajomy naszego klienta naprawił nam sprzęgło, za naprawę wziął 100 zł i jeszcze dał jeść.

Mam wrażenie, że ludzie lubią pomagać, lubią być życzliwi, tylko czasem... hmm... wstydzą się?
Może boją? że zostaną wykorzystani, wyśmiani?

I jeszcze mała prywata: czy ja moge prosić Maddalenę, żeby napisała do mnie na maila?
Względnie, jakichś dobrych ludzi, którzy adresem Maddaleny dysponują i podzielenie się nim?
agim@onet.eu

niedziela, 12 września 2010

Smutno mi, Boże...

Smutno mi, Boże
Gdy się spac położę
Po łóżka brzegu
Ida pchły w szeregu
Na mysl, ze jedna z nich
Ugryźć mnie może
Smutno mi, Boże

Autorstwo tego wybitnego dzieła literackiego przypisuje sobie mój tata...
ale z nim to nigdy nic nie wiadomo...

Kurcze, żebym chociaz miała jakiś ważny powód...
Zawszeć taki egzystencjalny smutek lepiej wygląda, niz taki zwykły smutek.

No i fochy mam. Wcale nie jakies małe foszki, tylko fochy wielkie jak słonie.

No to tyle.

piątek, 10 września 2010

Pani Jadzia z mięsnego, czyli o kontroli społecznej

Zastanawiałam się nad nad tym, jakimi nieformalnymi sposobami grupa podporządkowuje sobie jednostkę.
Moja nieżyjąca już babcia, po śmierci dziadka, do końca życia pozostała we wdowieństwie. Kiedyś to liczyłam- mężatką była cos koło 20 lat, a wdową- przeszło 40!!! Pytałam się babci, czemu nie wyszła powtórnie za mąż, bo przecież tzw "starających się" miała wielu i wszystkich ich goniła. Babcia mi powiedziała, że zawsze się obawiała, że przykleją jej łatkę baby latającej za chłopami. A mówię: ale babciu!!! wdową zostałaś w młodym wieku, przecież nie zabiłaś swojego męża, tylko sam był zszedł, zostawiając cię bez środków do życia, nie było żadnych religijnych przeszkód, bo przecież się nie rozwiodłaś, tylko owdowiałaś, mogłaś odczekać przepisowy rok żałoby, a choćby dwa, a nawet 3 i ułożyć sobie życie z jakimś miłym panem. No widzisz, dziecko, ale panie by mnie obgadały ( dopisek mój: a pani Jadzia z mięsnego by tez była zgorszona)
Pamiętam, że oczy miałam jak spodki, bo mi by nie przyszło do głowy, żeby aż tak się podporządkować komukolwiek z tak błahego powodu.

Człowiek- bydełko towarzyskie, rzekł Arystoteles. Lubimy być w grupie, lubimy czuć przynależność. Ale żeby aż tak?

I tak się dziś zastanawiałam: przynależność okupiona pewnymi ofiarami, czy indywidualizm- również okupiony pewnymi ofiarami ( co tu kryć, bycie bohaterem takiej społecznej nieakceptacji bywa średnio przyjemne)

To jest tez pytanie o granicę kontroli i o granice wolności osoby.
Dla mnie granica jest łatwa- w sumie określona ramami prawa. Nie zaglądam pod kołdrę, nie zaglądam do portfela, jak chcę zajrzeć w cudze garnki- to grzecznie pytam, czy mogę ;))).
Ale ludzie się nie krępują specjalnie nie tylko gapić się, ale wręcz domagać zmian- w cudzym życiu takim naprawdę prywatnym.

I tak się zastanawiam- a może to nie jest takie głupie? Co jest ważniejsze? dobro grupy, czy dobro jednostki?

Jak myślicie?

P.s. Pani Jadzia z mięsnego jest postacią fikcyjną :) a wszelkie podobieństwo - zupełnie przypadkowe.

czwartek, 9 września 2010

No wzruszyłam się, no...

Słuchajcie.
Łatwo się domyślić, czemu zaczęłam pisać bloga.
Nie rozgłaszałam tego specjalnie na razie, bo po pierwsze nie wiedziałam, czy mi się nie odechce, a po drugie, żeby się nie narazić,( jak inne osoby) na ataki, że promuje się w jakiś nieelegancki sposób, ze wdzięczność powinnam dozgonną okazać... zresztą większość z nas widziała to wielokrotnie, nie ma sensu o tym pisać. I to nawet nie dlatego, ze jakoś się tych ataków boję, tylko nie mam głowy do zajmowania się pierdołami.

Na początku powiedziałam Anovi, bo to cudna dziewczyna jest i wiedziałam, że mi powie z czym to się je.

Na etapie "nie rozgłaszania" przyszła Miauka. Internet to jednak potęga jest.

Potem zaczęłam "latać" po ludziach i znalazłam blog Zmorki, a że czuję, ze Zmorka równiacha jest, to tez jej powiedziałam.

Napisałam do Smakosi, bo Smakosia wiele razy mnie namawiała, żebym pisała bloga, więc jak miałam nie zawiadomić matki chrzestnej tego mojego "zachcenia"?
I do Grażyny, bo jak wszyscy już wiedzą chyba- uwielbiam ją.

I do Alfy, bo miałam wielką nadzieje poznać Ją osobiście w tym roku, ale nie wyszło (jak większość zaplanowanych na ten rok spraw)


Bardzo się cieszę, że przyszliście do mnie.
Mysia- dawaj te oscypki ;) Właśnie o takich, wprost spod Giewontu oscypkach myślałam :)

Thuria- przecież wiem, ze Ty to Ty ;))), bardzo się wzruszyłam, jak zobaczyłam, ze jesteś. Kilka razy chciałam do Ciebie zagadać, ale nie wiedziałam, czy chcesz.

Kojonkosky- no, tutaj się poryczałam. Myslałam, ze mnie wykreśliłaś. Nawet nie wiedziałam, co mogłabym Ci powiedzieć. Ta swoją drogą to jestem ciekawa, jak działa ta poczta pantoflowa ;))) I jakim kanałem dotarł do Ciebie link ...
To gotuj tę zupę :)

Mam tu takie coś: "pulpit nawigacyjny" się to nazywa ;)))
I jest taki guziczek co się nazywa "statystyka". I po tym widzę, że kilka osób już tu było ;)))
I tych gości tez wszystkich zapraszam.

Wejdźcie Przyjaciele
Siadajcie.
Nic nie mówcie.
Porozmawiajmy. *

*Taki wiersz kołacze mi się po głowie. Wzięłam na spytki wujka google, na okoliczność autora tego utworu, ale wujek odmawia zeznań.


Chyba mi się spodobało to blogowanie ;)))

wtorek, 7 września 2010

Zjadłabym coś dobrego

Na początek mogłyby to być bułeczkowe gniazdka nafaszerowane oscypkiem i wysmażonymi na chrupko na maśle kurkami.
Ale bułeczki musiałyby być malutkie, wielkości niedużej brzoskwini. Takie bułeczki dobrze by było obsypać czarnuszką wspaniale pachnącą i uformować w kształcie zadziornego ślimaczka.
Można by było ściąc im czubek, wydrążyć, wysmarować masłem, obsypać dno potartym oscypkiem ( taka szczypta miarą "w trzy palce" ) napełnić kurkami i zapiec w piekarniku.

Ja bym zjadła góra dwie :)

( A gdzie muzyka? Graj piękny Cyganie :) http://www.youtube.com/watch?v=3zD9W9SZj9w&feature=related )

Później mogłabym zjeść zupę- krem z pieczonej papryki, słodko- ostrą. Podaną z posiekaną marynowaną papryką i "groszkami" z wołowiny na parze. Niedużą filiżankę mogłabym pochłonąć :)
Później na stół mógłby wjechać filet z sandacza pieczony w liściach chrzanu, doprawiony, solą, kolorowym pieprzem, koperkiem, cząstkami cytryny i wiórkami masła. Liście chrzanu trzeba by było pozbawić tego grubego nerwu, lekko sparzyć, wystudzić i zapakować w nie kawałki sandacza. Jeśli ślimaki wpierdoliły liście, zostawiając dziury, to trzeba zawinąć w dwa liście, by ani kropla szlachetnego sosu, który się w środku wytworzy nie uciekła na zewnątrz.
Taki sandacz jest delikatny i pachnie tak zielono i nie jest wcale ostry.
Do niego micha sałaty by mi się podobała.
Sałata mogłaby być w winegrecie na bazie oleju lnianego i octu różanego, tylko muśnięta małym kawałeczkiem ostrej papryczki. Do tego lampka białego wina.

Na deser mogłabym zjeść galaretkę z brzoskwiń, związanych agarem i puchatą czapą bitej śmietany.

Jeszcze tylko kawałek tarty z musem jeżynowym i cząstkami słodziutkich gruszek, na kruchym spodzie, filiżanka mocnej kawy i tak wzmocniona już mogłabym rozwiązywać problemy świata.


Eh
Z tego wszystkiego mam ocet różany, liście chrzanu, czarnuszkę i mąkę na bułeczki.
Idę do kuchni posmarować sobie kromkę chleba masłem.

Lubię

Miałam oślepnąć na chwilę i twardo stać przy nie przyłączaniu się do zabawy, ale przeczytałam zaproszenie Miauki i słowa same zaczęły mi się układać w głowie...

1. Lubię myśleć (i wierzyć), że będzie dobrze.

2. Lubię poznawać ludzi. Ale tak, ze widzisz lub masz głębokie przekonanie graniczące z pewnością ( lub będące nią), ze twarz Człowieka jest w poświacie. Nieczęsto się to zdarza, ale to właśnie jedna z tych chwil kiedy czuję, ze warto jest po to właśnie żyć. I czuć całkowitą akceptację, zrozumienie, przyzwolenie, zaufanie.

3. Lubię porządek mieć. W głowie, na biurku, w szafie. Żyć w świecie uporządkowanych wartości. Widzieć porządek wokół. Jasne i czyste sytuacje.

4. Lubię czuć, ze odrastają mi skrzydła. Czuć, ze świat jest wielki i możliwy do ogarnięcia. Odzyskiwać poczucie siły.

5. Lubię, jak mi jajo skacze po głowie ;))). Taka kreskówka kiedyś była- jajo skakało ludkowi po głowie, a potem zamieniało się w żarówkę rozbłyskująca. Może "Pomysłowy Czestmir" się to nazywało. Lubię kiedy w głowie krystalizują mi się pomysły, szczególnie te ulotne i lubię łapać te pomysły za ogon ;)))

6. Lubię filozofować ;) Przyglądać się rzeczom z różnych stron, dopasowywać jedne do drugich, znajdować różne przyczyny i różne powody i różne rozwiązania. Lubię teorię :D

7. Lubię wpadać w zachwyt. Zatrzymywać się w tym zachwycie. Dostrzegać powody dobre do zachwytu.

8. Lubię się śmiać, aż do bólu brzucha. Rechotać, turlać się po podłodze, bić rękami po udach.

9. Lubię kiedy to, co na zawnątrz jest i wokół mnie drażni moje zmysły- miły dotyk przyjemnego materiału, niski męski głos, zapach jedwabiu, ładne światło, smak kwaskowatego pomidora- to tylko przykłady, bo nie sposób wszystkiego wymienić.

10. Lubię czuć, że jestem częścią tego świata i mam prawo tu być ;)


Dużo tych rzeczy do lubienia jest ;)

Teraz powinnam kogoś zaprosić, tak?
To zapraszam wszystkich :)


...i weźcie ze sobą jakiś alkohol :D

niedziela, 5 września 2010

Poemat mojej melancholii z kontrą

Po pierwsze:
Skończyła się niedziela i trza znów wyjść do złego świata.
Kontra: bez kontry.

Po drugie :
Zajebałam pomysł na tekst Wojaczkowi i teraz się boję, zę mnie rodzina pozwie do sądu.
Kontra: Może nie przeczytają.

Po trzecie:
W dodatku jestem mało kreatywna, bo już podobny tekst publikowałam na forum psycho, tylko melancholia była inna.
Kontra: trudno. Każdy ma melancholię na jaką zasłużył

Po czwarte:
Włosy!!! czy ja się kiedyś uczeszę sama?
Kontra: może kiedyś...

Po piąte:
7 stopni na zewnątrz. Zimno!
Kontra: no, taka pora roku, że zimno.

Po szóste:
Ale mnie jest zimno...
Kontra: skarpety wdzieję i herbaty se zrobię

Po siódme: ale pranie nie chce schnąć!
Kontra: w końcu kiedyś wyschnie.

Po ósme:
Mama ma w środę biopsję
Kontra: będzie dobrze! będzie dobrze! będzie dobrze

Po dziewiąte:
Na czwartek zaplanowane spotkanie z władzą wykonawczą
Kontra: może nie będą mi wyrywać paznokci...ani nie wyłupią oczu...

Po dziesiate:
9 nieodebranych połączeń
Kontra: i chuj, w końcu jest niedziela.

Po jedenaste:
Od rana zaś będzie dzwonił
Kontra: no ,będzie, od tego w końcu jest telefon, żeby dzwonił

Po dwunaste:
Używam brzydkich wyrazów...
Kontra: w zasadzie nie muszę, ale lubię

Po trzynaste:
Wydałam już wszystkie prawie pieniądze
Kontra: mama mi dziś powiedziała, że pieniądze właśnie po to są, zeby je wydawać.

Po czternaste:
Luby z fochem
Kontra: a właściwie, czemu ja się tym przejmuję? W końcu to jego foch...

Po piętnaste:
Jeść mi się chce, a jak będę jadła na noc to dupę będę mieć, jak armata.
Kontra: nie jeść, albo się nie przejmować

Po szesnaste:
Czy jest jeszcze ktoś, kto nie widział "Czterej pancerni i pies" ?
Kontra: a co mnie to obchodzi? mam przecież pilota...

Po siedemnaste:
Chwyciłam gołą ręką gorącą blachę z piekarnika.
Kontra: jak się ciulem urodzisz, to kanarkiem nie zdechniesz...

Po osiemnaste:
O co mi właściwie chodzi?


http://www.wojaczek.art.pl/krucjata/poemat_mojej_melancholii.html

Leżenie

Leżenia

1
naprzeciw nocnych szpar
ciemno-ja
mieszkanio-ja
leżenio-ja

2
leżenie
w wydłużanie się
bez jednej poprzeczki złości która skraca
idzie się tylko na długość idzie się idzie
puszcza się w dobrze sobie bycie
nie kończy się

3
kiedy leżę nie nadaję się do wstania
leżenie zapuszcza korzenie
nie wierzę w poruszanie się
zawsze do wyrwania zielony

4
takie leżenie-myslenie jak ja lubię
to jest niedobre z natury
bo niech ja w naturze
tak sobie leżę-myślę
to zaraz napadnie mnie coś i zje

5
leżąc w łóżku chcę być dobrym
przez sen rożnie dużo dobroci
leżenie dobroć wygrzewa
ale wstanie ją zawiewa

Miron Białoszewski


Nic dodać, nic ująć :)

Wstałam i od razu mnie zawiało...


Żeby nie było, ze tylko w kuchni siedzę ...


To ja :) pilot tego dupcoka :D nacisnęłam se nowy guziczek i oto mogę edytować :D

Bo tak odnośnie Białoszewskiego Mirona, to mi się przypomniało, jak z jedną koleżanką- humanistką przygotowywałyśmy drugą koleżankę do egzaminu na studia z języka polskiego.

I nasza koleżanka mówi, że nie rozumie wierszy Białoszewskiego. A my: no jak to nie rozumiesz?

Był taki wiersz, co w tytule miał "dwa zasłaniacze" ta treść była krótka:"ebo. ężyc"

I wytargałyśmy nasza koleżankę na balkon w mieście. I mówię: popatrz, co widzisz? a ona, no bloki, niebo. No to jesteśmy w domu :) nie widzisz nieba, moja droga, bo całe niebo zasłania zasłaniacz (blokowisko) :) widzisz kawałek nieba, czyli "ebo". Rozumiesz? Nieee.


piątek, 3 września 2010

Zachciało mi się też gotować

Jakby ktoś nie wiedział ;)- uwielbiam gotować. Uwielbiam gadać o jedzeniu- nawet bardziej niż jeść.
Gotowanie mnie odstresowuje, odprężą, wprawia w dobry humor.
Nie gotuję codziennie, ale jak już gotuję to dużo i na zaś.
Wczoraj robiłam barszcz. Zwykle robię tak, że z jarzynek i świeżych buraków robię wywar, który zakwaszam częściowo kwasem z kiszonych buraków, a częściowo octem malinowym. Kwas buraczany miałam, kupiłam jarzynki i biorę się do gotowania. Przygotowałam jarzynki i tak patrzę, coś mało, czegoś mi brakuje. Buraków mi, kurwa brakowało!!!
Wykorzystałam ćwikłę, którą zaprawiłam na zimę. Barszcz wyszedł pycha :)

Luby się dopominał o coś słodkiego, a co miałam upiec, jak nie miałam żadnego tłuszczu, z wyjątkiem połówki szklanki oleju. No i znalazłam przepis na ciasto z rabarbarem. I takie postanowiłam upiec. A że nie miałam rabarbaru, to upiekłam bez. Tylko placka przełożyłam powidłami sliwkowymi.

A dziś... A dziś wpłynął malusieńki milusieńki przelewik i w końcu można było zrobić zakupy :)
I dziś tez gotuję :)
Oczywiście rosół- mój ulubiony na skrzydełkach drobiowych, doprawiony kozieradką, lubczykiem, fenkułem.
Ugotowałam fasolkę po bretońsku, która nie jest fasolką z kiełbachą i przecierem, tylko pachnie majerankiem, czosnkiem, tymiankiem i domowym przecierem pomidorowym.
Ugotowałam bogracz- nie wiem czy prawdziwy, ale z kluseczkami, papryką i grzybkami marynowanymi.
Upiekłam chleb.

To nie koniec gotowania na dziś :)
Czekam aż luby zbierze do kupy ducha i ciało i naostrzy mi nóż- będę robić prawdziwe kołduny z siekanej wołowiny. Tego cuda jeszcze nigdy nie robiłam, a jestem ciekawa.

A poza tym w drodze powrotnej z zakupów nazbieraliśmy ostatnie płatki róż- czekają rozłożone na ściereczce, żeby robale z nich wylazły ( o ile jakieś są. Ja myślę, ze nie ma, wszystkie się wystraszyły i uciekły, jak zbierałam płatki) i zrobię ucieraną konfiturę z płatków róż. Malusieńki słoiczek wyjdzie, ale lepsze to niż nic.

No i brzoskwinki czekają, żeby je zasłoikować :)

Pachnie tak domowo, bezpiecznie.

Czy ja już mówiłam, ze uwielbiam gotować? ;)

Poza tematem nr jeden- Pani Stasia

Zeżarło mi notkę!!! :///
No nic, już takiej ilości pisania nie odtworzę, ale ponieważ na bieżąco o tym pisałam, więc skopiuję (kto wie skąd- ten wie. Linka nie podaję ponieważ ja to napisałam i tekst jest mój)

Temat nr 1- to brak biletów NBP, gdzie nie spojrzę- wszędzie to widzę. Strasznie to wkurwiające.
Dla oderwania od ponurych wizji- chwila ze wspomnieniami.
Natchły mnie buty i dziś cały dzień moje myśli krążą wokół leśniczówki w Wągrowcu.

Ale do rzeczy:

Jechaliśmy objazdem, który był wyznaczony polna drogą, która pewnie ze 100 lat temu była utwardzona kamieniem. Na tych kamieniach urwał nam się tłumik. Zajechaliśmy takim ryczącym autem do najbliższej miejscowości i szukamy spawacza. Ludzie nam powiedzieli, ze koło leśniczówki jest taki warsztat, w którym można wykonać taką naprawę. W tym czasie, ja ciągle dzwoniłam, szukając noclegu, korzystając z takiej mini- bazy, która sobie utworzyłam dzień wcześniej.
I zadzwoniłam na jeden z numerów, który sobie zapisałam. Chciałam spytać, czy jest możliwość zanocowania. Osoba, z którą rozmawiałam mnie poinformowała, ze oni nie wynajmują pokoi na godziny, choć nic takiego nie sugerowałam. Powiedziałam, czemu potrzebny nam tylko jeden nocleg, na co pani mi odpowiedziała: 50 ( cena w internecie- 30, wyjazd weekendowy- 40 zł) od osoby i trzeba mieć dowody osobiste ( tak, jakby gdzie indziej nie trzeba było), bo jak coś gdzieś komuś zginie, to ona informuje policję i policja znajduje złodzieja. Dawno mnie nikt tak nie upokorzył :(. Ta kobieta potraktowała mnie, jak prostytutkę i złodzieja, nie mając żadnych po temu powodów :( Tak mi było przykro, ze zadzwoniłam jeszcze raz, przedstawiłam się, powiedziałam, ze takie traktowanie gości, czy tez potencjalnych gości, którzy dzwonią z grzecznym pytaniem, czy jest możliwość noclegu i z pytaniem o ogólne warunki, jest niedopuszczalne. Zazwyczaj, kiedy nie odpowiada nam traktowanie przez właścicieli ( np wscipstwo, wchodzenie do pokoju bez zapowiedzi, ustawianie w szeregu - no takie różne) to po prostu nigdy więcej tam nie zaglądamy, ale ponieważ nikt mnie w życiu tak jeszcze nie potraktował, to postanowiłam skorzystać z prawa, jakie mam i wystawiłam opinię w internecie.
I wcale nie dlatego, że jestem mściwa, nie spodziewam się też, ze kolejni goście wezmą sobie do serca moja opinię, tylko niech się kobieta następnym razem zastanowi, jak rozmawia z nieznana osobą przez telefon, bo wcale takiej wielkiej łachy nie robi.
No ... wredna baba, upał, jak fiut i jeszcze auto ryczy.

Zajechaliśmy do mechanika, i w czasie kiedy on spawał nam tłumik, jego rodzice zaprosili mnie do cienia, poczęstowali wodą. I tak sobie ogólnie rozmawialiśmy, a co robimy, dlaczego tak jeździmy po kraju, pani mnie spytała, czy aż tak się przejmuję tym tłumikiem, że aż się popłakałam ( miałam rozmazany makijaż), no to powiedziałam, ze szukałam noclegu i opowiedziałam, jak mnie potraktowano...
Pani mówi- dziewczyno, to są pierdoły, nie ma sensu się tak przejmować, nigdy już się nie zetkniesz z tą "wariatką", a jak chcecie, to możecie spać u nas. Mamy wolny pokój na stryszku, bo czasem jak dzieci przyjeżdżają, to sobie tam śpią... I ten pokój stoi pusty. Aż rozdziawiłam buzię, bo nie wiedziałam co powiedzieć. Z noclegu skorzystaliśmy, pani nie chce żadnych pieniędzy od nas, zupełnie nie wiem, jak się zachować- czy mam zostawić pieniądze, gdzieś pod serwetką, a potem zadzwonić, że zostawiłam, czy może spróbować wyręczyć w jakichś pracach, czy kupić jakieś słodycze, albo kwiaty...
Czuję się tutaj, jakbym u mamy była- Pani Stasia mówi- Agnieszko, poszukaj sobie kubka w szafce nad zlewem i zrób sobie kawy, weź sobie wody, bo gorąc straszny, stoi w spiżarce, albo pyta- dzieci, a może was trzeba oprać? tak jeździcie, to pewnie wszystkie ciuchy macie brudne już...
I cały czas podkreśla, jak się cieszy, ze jesteśmy, bo przynajmniej nie siedzą z mężem, jak dwa grzybki przed telewizorem, tylko żywym człowiekiem rozmawiają- pewnie po to, żebyśmy się nie czuli skrępowani, bo tu ciągle ktoś przychodzi- a to zapytać o zdrowie, od rana do nocy furtka się nie zamyka...

Pytam się Pani Stasi, czy się nie boi, bo przecież w ogóle nas nie zna, a Pani mówi- a bo wam tak dobrze z oczu patrzy, a ja już przeżyłam 70 lat na świecie i wiem, ze przede wszystkim mam ufać swojej intuicji, a poza tym nasze psy się do was łaszą...

Jakby ktoś pytał jeszcze- to za to właśnie kocham Polskę...

Tyle na gorąco było. Historia miała swój dalszy ciąg. Luby dogadał się mechanikiem, że zrobi on jeszcze jedną naprawę.
No i zrobił ;)))
Poodkręcał koła i zaczął pić. Nasze auto stało bez kół na kanale, a my byliśmy u Pani Stasi. W sumie 10 dni. Nie mogliśmy nigdzie jechać, bo auto rozbebeszone. Codziennie gotowałam obiady dla wszystkich, pomagaliśmy przy pracach w domu, w ogrodzie, zwieźliśmy im drzewo do szopy.
Pani Stasia dała mi buty, które sobie kupiła, ale okazały się dla niej niewygodne a na nikogo nie pasowały. A na mnie tak :)
I dziś natchnięta nowym duchem, że oto teraz będę piękna i zadbana i w ogóle będę się ubierać ze swobodną elegancją, jak na biznesłumen przystało, te buty założyłam i stąd ta fala wspomnień.

czwartek, 2 września 2010

Harmonogram zabiegów upiększających

Czasem mawiam, że od hipokryzji dostaję wysypki na twarzy. Zwykle jednak traktowałam to powiedzonko jako złośliwą metaforę. A tu zaskok pełen- słowo stało się ciałem, cała twarz w swędzących wykwitach i czerwonych grudach. Smarowałam taka pianką, która przynosiła ulgę w swędzeniu, ale jako bonus bardzo wysusza skórę.
Coś trza było zaradzić, a że moja toaletka chwilowo jest równie uboga, jak moja kuchnia, więc po konsultacjach z wujkiem Google padło na metody babuni.
Na pierwszy ogień- ścieranie suchej łuski, która mi się ostała po kuracji pianką. Fusy od kawy.
Efekt znakomity- twarz gładka, skóra napięta, siny kolorek znikł.
Następnie- rozgniecione, zmiękczone płatki owsiane, wymieszane z sokiem z cytryny i olejem lnianym, lekko ciepłe- na twarz.
Buzia już prawie jak jabłuszko.
Jeszcze zaaplikuję sobie kilkanaście godzin snu i będę jak nowa.

Przy okazji przyjrzałam się sobie krytycznym okiem i doszłam do wniosku, ze jednorazowy zabieg nie wystarczy, że niestety trzeba powtarzać, co mnie nie cieszy zbytnio, ponieważ te wszystkie czynności sa cholernie nudne.
Na początek postanowiłam zrzucić ( a nawet wyrzucić ) dres, w którym co prawda czuję się dobrze i bezpiecznie, no i jest mi ciepło, to jednak moje dupsko dostaje optycznie kilka kg więcej.
Tak więc- precz z dresem. Właśnie jestem na etapie obmyślania nowego domowego stroju, który by łączył w sobie wygodę oraz jakiś schludny wygląd.
Po drugie- włosy! Domagają się strzyżenia, albo choć pomysłu na nieład.
Po trzecie- torebka- już wyrzuciłam wielkie torbiszcze, w którym miałam pokój z kuchnią i łazienką- scyzoryk, tabletki, grzebień, notesy, 3 portfele ( mój, lubego i nasz- wszystkie puste), cukier i sól w jednorazowych dozach, klucze, śrubokręty nawet, maskotkę, którą zamierzałam dać przy najbliższej okazji Księżniczce, jakieś inne ciulstwa, co nie wiem kiedy mi się nazbierały. Luby dostał przykazanie, żeby swoje badziewia nosił sobie sam ( okulary, klucze, dokumenty, portfel, chusteczki, leki), oczywiście się oburzył, co jest o tyle dziwne, ze zawsze jojczy, że on nie umie nic w mojej torebce znaleźć. Jak dla mnie może sobie nosić swoją, albo chodzić z reklamówką. Ja mam teraz zgrabniusią torebeczkę a w niej przegródki i wszystko wiadomo gdzie co jest.

Jak na początek to myślę, że nieźle.

Teraz mi potrzebny jakiś grafik, co, kiedy mam wykonywać, oraz jaką część ciała poddawać pielęgnacji. Bo takie fusy na przykład - wyczytałam, że dobrze tez robią na "niemanie" cellulitu. I git :) Bo ja go wcale nie chcę mieć.
Albo stopy- to dopiero jest nudna czynność.
Albo malowanie pazurów.

Przy tym wszystkim nie zamierzam rezygnować z mojej normalnej aktywności, więc jakiś harmonogram mi pilnie potrzebny.
Obmyślam też logistykę tego działania- czy na przykład, kiedy na mojej twarzy jest maseczka w luźnych płatków owsianych, która ma nieprzyjemny zwyczaj spadania z twarzy, co znowu nie jest specjalnie dobre dla laptopa, mogłabym np uprać sobie rajstopy?

środa, 1 września 2010

Potrzeba matką wynalazków

W moim przypadku potrzeba nazywa się brak środków płatniczych. W optymistycznej wersji- do piątku.
Moje wynalazki w związku z tym: chleb można upiec w domu! Bardzo dobry chleb.
Maseczkę można zrobić z kawy, albo z płatków owsianych.
Przystanęłam na chwilę nad makaronem carbonara- czym zastąpić śmietanę? A tam, będzie makaron z boczkiem, cebulą i bazylią.
Ziarenka kawy, co mi robiły za dekorację w kuchni już wrzuciłam do młynka i - nie powiem, taka kawa jest nawet lepsza ;)
Sama jestem ciekawa, na jakie wyżyny kreatywności jeszcze się wywspinam do piątku :)

Tylko pytanie zasadnie brzmi: co wlać do baku?

A tak poza tym, to udało mi się przypalić garnek robiąc powidła śliwkowe "dla leniwych"- z tego co wyczytałam, taka sztuka ( przypalenie garnka ) nie udała się nikomu. A mnie tak!