czwartek, 27 grudnia 2012

Straszna choroba

Choroba ta jest bardzo niebezpieczna, choc źródła nie donoszą o przypadkach zejścia.
Charakteryzuje się- wysiękiem z nosa, podrażnionym gardłem, temperaturą ciała podniesioną do 37,5 stopni, czasem - w trudniejszych przypadkach- do 37, 9 stopni Celsjusza.
Z chorym nalezy postępowac bardzo uważnie, gdyż tylko to przynosi dobre rokowania. Nalezy zapewnic absolutny spokój, szczególną uwagę nalezy zwrócic na to, by nie pogarszac stanu chorego truciem mu dupy o cieknący kran, koniecznośc zakupów, ostrzenie noży itd. W zasięgu jednej ręki postawic drinka( piwo- chory powinien sam wybrac lekarstwo) oraz pilota od telewizora. Seks oralny też pomaga.
Również ważna jest dieta- bogata w tłuszcze zwierzęce ( golonka, boczek) i węglowodany.
Ta bardzo niebezpieczna choroba nazywa się męska grypa.

A tak poważnie
Trzymajcie się ciepło i nie dajcie na siebie nakichac. U mnie w domu szpital. Chorzy wszyscy po kolei. Jedno ma się lepiej, zlega drugie.

środa, 26 grudnia 2012

To nie jest reality show

Lajki na fejsie nie dają nikomu prawa do szukania sensacji, to nie jest przedstawienie, tylko prawdziwa tragedia, która nie wymaga gapiów.

Dajcie ludzie spokój, rodzinie, bliskim...
Wścisptwo w tej sytuacji jest szczególnie paskudne. Rodzina ma inne teraz zadania, niz informowanie gawiedzi, co sie stało...
Dajcie im spokój.

(Usunę każdy anonimowy komentarz, to wstrętne jest. Podpisz się i bądź odpowiedzialny za słowa. Albo po prostu - bądź człowiekiem, nie anonimową magmą, żądną sensacji- tych szukaj na tabliodach, bo tam nikogo nie zranisz)

niedziela, 23 grudnia 2012

Choinka a propos ;)

Choinkę zrobił mi Mariusz :)
Jest a propos, ponieważ jest z liści palmowych (ok 220 sztuk poszło)
Jest zrobiona na takim "rusztowaniu", jak wigwam, w srodku jest takie mieniące się świecidło, na wierzchu dowiązywane wysuszone liście palmowe. Cała dekoracja, to kokarda z organzy, bursztynowe lampki " posniegowane" końcówki.

Piękna jest :)

( jak coś, to posiadam dokumentację zdjęciową, jak powstawała)

No i wszystkiego dobrego Wam :)

piątek, 21 grudnia 2012

Pakowanie prezentów ( anioł) :)

Bardzo lubię :)
I wymyśliłam coś takiego:

Prezent właściwy zapakowac ( u mnie to były bajeczki i jakie pierdółki) w cokolwiek.
Włożyc do reklamówki ( nie jest to konieczne, ale ponieważ książeczki mają ostre kanty, worek zabezpieczy prezent przed wypadnięciem, w razie rozerwania spodu.
Z szarego papieru wyciąc kwadrat, na tyle duży, żeby można było złapac wszystkie 4 rogi ( jak cukierka)
Wystające kawałki upchnąc do środka

Z waty ukulac kulkę i zapakowac ją w organzę ( ale chusteczka higieniczna tez się nada- byle nieużywana ;))
Związac drucikiem- zostawic dłuższe kawałki.
Przywiązac głowkę do tułowia.

Miejsce łączenia zamaskowac " szaliczkiem" z kawałka łańcucha choinkowego ( albo z czego innego). Ja dokleiłam za pomocą pistoletu, ale można też dowiązac.
Z jeszcze jednego kawałka łańcucha dokleic aniołowi włosy.I aureolę z drutu.
Pozostaje domalowac uśmiech i oczki ( lakierem do paznokci, bo mazak nie chciał pisac :) )
Dokleic wycięte z kartki skrzydła i przywiesic tabliczkę, dla kogo anioł :)
Gotowe :)

Potrzebowałam:
Ozdobny papier do zapakowania prezentu właściwego
Duży kawałek szarego papieru do pakowania
Kawałek waty
Kawałek organzy
łańcuch choinkowy
Kartkę papieru
Lakier do paznokci
Drut aluminiowy do aureoli
Drucik do wiązania
Pistolet do klejenia

Chyba się będą cieszyc Indiańce :)

Edit
Teraz sobie pomyślałam, że niemal identycznie można zrobic też choinkę- zamiast głowy- gwiazda, a łańcuch ukośnie owinięty od góry.

Zaginął Łukasz Włodarczyk

Na prośbę Santi z zaprzyjaźnionego forum...

Santi pisze:

Kochani zaginął mój szwagier,w domu czeka na niego żona i trójka dzieci,proszę jeśli macie profile na facebooku,to udostępnijcie tą stronę Itaki.Skopiujcie link i wstawcie u siebie na profilu.

http://zaginieni.pl/baza-danych-osob-za ... 1323130323

Z góry dziekuję...


Łukasz Włodarczyk

Nie mam profilu na FB, więc tą drogą przekazuję prośbę Santi.
Jeśli macie profile, udostępnijcie ten link. Jeśli możecie.

Edit:
Łukasz nie żyje.
Santi dziękuje za pomoc i okazane serce i prosi o modlitwę...

środa, 12 grudnia 2012

Rozmówki domowe, epizod kolejny

Robiłam stroiki i mówię do Niego:
Ja; Podaj mi, proszę, świece
On: Proszę, mogę Ci je nawet wsadzic ( * zamocowac do gąbki)
Ja: Sama sobie wsadzę, tam, gdzie będę chciała.
On: Powiało grozą...

Może bez przesady? ;>

Przy okazji przypomniał mi się spalony kawał, który jako spalony okazał się o wiele śmieszniejszy, niż oryginał.
Koleżanka opowiada: słyszałam dziś kawał, ale jakiś bez sensu...
"Leżą dwie zakonnice na łące, patrzą w niebo i jedna mówi: one świecą i my świecimy" Jakiś gupi, nie?


* oryginał: leżą dwie zakonnice na łące, patrzą w niebo i jedna mówi: one świecą i my świecą.

Tak tylko mi się spomniało ;)

wtorek, 11 grudnia 2012

Aneks śniadaniowy.

Do robienia raz na jakiś czas takich ... jakby to powiedziec... ooo! starannych śniadań skłoniły mnie śniadania, które proponują niektóre hotele.
Zaczynając tak dzień, zauważyłam, że kiedy nie trzeba decydowac, na co się ma ochotę, tylko skubnąc troszkę tego, trochę tamtego, mnie ogarnia takie poczucie błogostanu, poczucie dopieszczenia.
Stąd ten przymiotnik " seksi", który czasem ma coś wspólnego z seksem, a czasem nie ;) - ale o tym, moze nie będę pisac, hi

To nie jest jakieś strasznie trudne i męczące, bo polega tylko na wyłożeniu wszystkiego na talerze, czy do miseczek- okropnie mnie denerwują słoiki, każdy z inną naklejką na stole, dlatego kupiłam sobie kiedyś takie fikuśne miseczki, w których podaję różne dodatki. Zamiast stawiac na stole plastikowy pojemnik z serkiem- przekładam do pucharka do lodów.

Jak mnie ktoś pyta, co bym zjadła na śniadanie, to ja nie wiem, może byc cokolwiek, choc najbardziej lubię jajka na miękko, twarożek i pomidory. A możliwośc wyboru i brak konieczności określania się już od rana, co ma byc, niesamowicie poprawia humor.

Więc jeśli mam czas i dobry humor, to pozwalam sobie na taki "luksus" porządku i dopieszczenia. Skoro życie nie pieści, to chociaż samemu się dopieścmy ;)

Ponieważ luby jeszcze spał, to nie budziłam go, natrętnie domagając się odpowiedzi na to ważne pytanie, hi na co ma ochotę, tylko zobaczyłam co jest w lodówce ( a niewiele tego było) i położyłam to na stole ;), sam sobie zdecydował, czy chce na słodko, czy serek, czy wędlinę.

Zamiast połykac w biegu kanapkę, byle jak - chwila dla siebie. Bez tego niewerbalnego komunikatu, ze muszę się spieszyc, bo jestem strasznie zajęta i pewnikiem nie zdąże czegoś, bo właśnie zdąże i mam czas na to, żeby byc dla siebie dobra.

Wypróbowałam na rodzicach zresztą. W poprzednie święta. Pokręciłam się chwilkę po kuchni, krzyknęłam " śniaaaadanie" a im szczęki opadły- nie wiem, czemu, bo przecież były święta. Tata pytał, czy ma krawat załozyc, ale przecież to jest właśnie fajne- że nie trzeba się przebierac z wygodnej piżamy, bo jest się w domu, z bliskimi. Oprócz dobrego humoru, tego poczucia dopieszczenia, niesamowicie wzrasta też poczucie bezpieczeństwa. Teraz mi się przypomniało, że tata załozył wtedy ten krawat- na piżamę, hi. A ja zawiązałam sobie wstążkę we włosach- takich nieuczesanych :), a mama założyła perły- też na koszulę nocną... Ale się śmialiśmy wszyscy....

Potem jest tylko trochę więcej zmywania, ale to już luby zmywał ;)

Miłego dnia :)

P.s Śliczny dziś świt :)


sobota, 8 grudnia 2012

Bajka

Dzisiejszy wpis sponsoruje matka natura ;) Miało byc o czymś innym, ale okoliczności przyrody skłoniły mnie do ulania paru kropli zachwytu nad tym, jak dziś pięknie.
Szkoda, że nie miałam aparatu, bo komórką nie wyszło tak ładnie.
Odcienie bieli, błękitu i szarości. Różne faktury gałęzi, sosna, która wyglądała, jak flokowana...
Nie sposób było nie pomyślec o Królowej Śniegu. Może i okrutnej, ale jakże pięknej.
Co weszłam do kwiaciarni, to dosłownie każdy uznał za słuszne wypowiedziec te słowa: "bajka" :)





I jeszcze trochę a propos ;)

Śnieg, lód, zima- te skojarzenia mnie pokierowały.
Może to głupio tak się cieszyc, ale ja się cieszę, bo te cacuszka mi się niesamowicie podobają, a fakt, że je zrobiłam wprawił mnie w doskonały nastrój wczoraj.
Przezroczyste naczynie obłożone żakardową organzą, u góry " futerko", kawałek kory brzozy, patyki, brokatowane duperele, bielone curly moss i aluminiowy drut...

piątek, 7 grudnia 2012

Pierniczki po mojemu ;))))


Autorska receptura ;)

200 g mąki
200 g soli
duuuuużo przyprawy do piernika własnoręcznie zrobionej, znaczy mocno pachnacej
2 łychy kleju do tapet w proszku
"solniczka" brokatu
wody, ile zabierze ciasto- znaczy dolewac po troszeczku...

;)
żeby nie było- to nie są pierniczki do jedzenia, tylko do ozdoby.
Można sobie oczywiście kupic styropianowe ozdoby w kształcie pierników, ale one nie pachną.
Można sobie oczywiście zrobic prawdziwe pierniki, tylko szkoda trochę miodu, jajek i masła, kiedy i tak nie będą się później nadawały do jedzenia, bo pobrokatowane i poklejone klejem... no, ja w każdym razie bym nie jadła, choc pewnie zatruc się tym nie można.

No cóż, to niemal klasyczny przepis na masę solną, taką jak dzieci się bawią w przedszkolu, tylko to przepis, w którym nie trzeba ich piec w piekarniku, bo same schną, choc to długo trwa. Ja sobie przyspieszyłam, wrzucając je do suszarki do grzybów. Jakieś dwie godziny suszyłam, reszta sobie sama doschnie.
Bez dodatku kleju do tapet, można by suszyc w piekarniku, ale jak wiadomo, mój się do tego celu nie nadaje.

Radochy se narobiłam przy okazji ( czyli w gratisie), bo ja jeśc pierników za bardzo nie lubię, za to uwielbiam je robic. W sumie to podgrzewanie w suszarce też trochę miało taki cel- narobic zapachu w domu.

Zastanawiam się, czy je zostawic takie, czy jeszcze ozdabiac farbą do "witraży"...

Edit...
Spomniało się czemu zrezygnowałam z prawdziwych pierniczków w stroikach, na rzecz tych z masy solnej- prawdziwe pierniki chłoną wilgoc z otoczenia- znaczy: choc na początku twarde, z czasem robią się coraz bardziej miękkie i z czasem odpadają, kruszą się, łamią. Ponadto- nasze stroiki są przechowywane w zimnym i wilgotnym miejscu, wiec proces mięknięcia przebiega szybciej.
Kolejna sprawa- myszy ;) Jesli grasują w miejscu, gdzie stroiki sa przechowywane, to... ;) No cóż mysza też lubi pierniki, hi. Nie jestem pewna, czy mysza nie gustuje również w "piernikach" z masy solnej, ale zakładam, ze mniej :)

sobota, 1 grudnia 2012

Barszcz ukraiński

... czyli sposób na wkurwa.

300 g wołowiny z kością
2 marchewki, pół selera, kawałek pietruszki, kawałek pora
2 buraki ( może byc więcej)
cwierc główki niewielkiej kapusty
5 łyżek drobnej fasolki typu flagonet ( gdyby nie wkurw, to pewnie bym zważyła...)
pół główki czosnku
2 pomidory
2 spore ziemniaki
300 ml kwasu buraczanego ( nie koncentrat, tylko kiszony sok z buraka)
1 litr bulionu
sok z cytryny, sól  ( u mnie morska) pieprz z młynka, listek, ziele, cukier ewentualnie.
ok 150 ml kwaśnej śmietany ( u mnie- 18%)
szczodra garśc koperku ( zapomniałam)

Sposób na wkurwa jest prosty- wziąc DUŻY nóż i siekac.
Warzywa w drobną słomkę :)
Marchewkę, pietruszkę, seler i buraki :)


Na mojego wkurwa wystarczy :)

Jednak zupę nalezy zacząc od krótkiego podsmażenia plastra wołu na oleju- na gorącym oleju, bardzo szybko, tylko po to, żeby zamknąc pory w mięsie.
Posiekac warzywa w drobną słomkę. Wrzucic na wrzątek ( ok litra)- najpierw te twarde- marchewka, pietruszka, seler, dodac obsmażoną wołowinę, dodac listek i ziele. Gotowac jakąś chwilę.  Spróbowac i posolic, dodac pieprzu.
Drobną fasolkę zalac wrzątkiem ( w osobnym garnku), wsypac łyżeczkę cukru, gotowac ok 25 minut, potem odcedzic, jeśli już miękka.

Marchewka ze spółką się gotuje, można dodac posiekane buraki.
Następnie posiekaną na paski kapustę.
Następnie czosnek . Na końcu - ziemniaki, też w słomkę.

Jak już to wszystko miękkie- oskalpowane i pokrojone pomidory.
Dodac bulion i dac spokój na przynajmniej 15 minut. Potem można wlac kwas buraczany.
Jak już wszystko miękkie- wyjąc plaster wołowiny, pokroic na kawałeczki, dodac ugotowaną fasolkę, wlac kilka łyżek ciepłej zupy do kubeczka, dodac śmietanę i szybko zafyrlac, a następnie zawrtośc kubeczka wlac do zupy i chwilkę zagotowac. Doprawic sokiem z cytryny i jeśli trzeba- solą, cukrem i pieprzem.

Obsypac koperkiem i zajadac.

Takie moje odkrycie :)
Niby nic
Barszcz ukraiński.
Słodko- kwaśny.
Ulotny i konkretny.
Wyraźny.
Czerwony :)





poniedziałek, 26 listopada 2012

Informacja

Do godziny około 10- tej gadkowe forum będzie nieczynne, z powodu jakichś prac z serwerem.

Tu zapraszam na kawę i ploteczki :)

niedziela, 25 listopada 2012

Jeszcze inne stroiki

W ceramicznych naczyniach- bardzo proste do zrobienia. Bardzo by zyskały, gdyby znajdowały się w nich żywe gałązki. Dla mnie jeszcze za wcześnie na żywe...
W koszyczkach. Równie proste do zrobienia.
Na bambusowych podkładkach. Jedyna trudnośc, to usztywnienie podkładki od spodu. Świeca pachnie wanilią :)

I jeszcze wianek, dla moich Indiańców na Mikołaja :)
Przystojniak z niego, co? ;)

sobota, 24 listopada 2012

Takie różne wokół tradycji (a może Tradycji? )

Natchnęła mnie kapusta ;) A konkretnie bigos gotowany aktualnie na gadkowym forum.
Chudy bigos, tłusty bigos, postny bigos...
No i jeszcze to, że zawsze, jak mi smutno, to lubie układac menu na różne okazje- bo mnie to rozwesela i odpręża.

Najbardziej chyba znienawidzonym przeze mnie daniem jest wigilijna kapusta z grochem. Wzdryga mnie na samą myśl. I kiedy zdarzyło się, że sama organizowałam wigilię u siebie, to radośnie pożegnałam się z tym ( dla mnie) obrzydlistwem, na rzecz kapusty z wędzonymi śliwkami i suszonymi grzybami.
No fajnie - danie pyszne, tylko że... Za Chiny nie pasuje do niczego, a już na pewno nie do ryby.

Ja bardzo lubię Wigilię, mimo, że niewierząca jestem, lubię to oczekiwanie na coś niezwykłego, specjalnego, świateczną atmosferę, taką trochę jak z tajemniczego ogrodu. Lubię kiedy wszystko uwodzi, światełkami, zapachami, dźwiękami, to wzruszenie towarzyszące składaniu życzeń, oczekiwaniu na kolację- tez bardzo lubię, poczucie więzi, które się na tę chwilę pojawia daje mi tożsamośc i kręgosłup, pamięc o tym, jak jako dzieciak oglądałam swoją twarz w bombce choinkowej. To, co się nazywa tradycja.
I już srał pies, że to nie ma nic wspólnego z meritum- czyli pasterską kolacją, gdzieś tam 2 tysiące lat temu, na Bliskim Wschodzie, gdzie z całą pewnością nie było ani ryb, ani suszonych grzybów, ani- królowej kapusty... Jak dla mnie- kolacją bardzo watpliwie domniemaną, zresztą...

Dziwnie mi, bo z jednej strony mam do niej szacunek- jako do czegoś, co mnie ukształtowało, a z drugiej strony- mam chęc ją podeptac i wyrzucic na śmietnik.

U mnie w domu na wigilię podawało się:
- zupę grzybową z łazankami ( uwielbiam)
- ową kapustę z grochem
- rybę ( kiedyś karp*)
- ziemniaki
- takie makaroniki kulane w maku ( ciasto makaronowe, tylko grube paluchy, obsypane makiem)
- kompot z suszonych owoców
- śledzie (  w oleju, z cebulką)
- jakieś ciasta, ale nie pamiętam jakie.

* Karp był kiedyś. Pływał w wannie kilka dni, bo kilka dni tata się zbierał w sobie, żeby go zabic...
Zniknal całkiem z naszego wigilijnego jadłospisu, kiedy jako kilkuletnie dziewczynki, razem z siostrą zaczęłysmy płakac, że nasze nowe zwierzątko, z którym przez kilka dni zdążyłyśmy się zaprzyjaźnic, ma zostac zabite, a - co gorsza- mamy je zjeśc. Taki pokaz histerii dałyśmy, że wszyscy z ulgą pożegnali koniecznośc zabijania i jedzenia karpia.

Zresztą o tym już kiedyś pisałam
Nie mam zamiaru odbierac nikomu apetytu na ulubione pożywienie, tylko widok, który muszę oglądac, odwiedzając targowisko przed świętami napawa mnie autentycznym obrzydzeniem i tez trochę przerażeniem.
Ukulturalniło się :( Teraz tak delikatne panienki ( jak na przykład ja w tej kwestii) są odgrodzone kotarą od samego procesu zabijania. Mimo to widziałam....Na wpół uduszonemu karpiowi wbija się gwóźdź w głowę, żeby się nie ruszał, a potem dopiero zabija.
A przecież można inaczej.

Wracając do menu wigilijnego...
Przy wigilijnym stole zasiadły nowe osoby, wiec stół poszerzył się o ich tradycje.
Doszedł
- barszcz z uszkami
- pierogi z kapustą i grzybami
- łazanki- z kapustą i grzybami.
Znów kapusta i znów coraz ciężej wstac od stołu

wraz z kolejnymi osobami przybywającymi do stołu, przybyły jeszcze:
- moczka
- makowiec.

Jeden wielki chaos.
Trudno jest ułozyc spójne menu na Wigilię. Po co te łazanki, po co te pierogi, w ilu wydaniach można jeśc
karpia i śledzie w czasie jednego posiłku...A nade wszystko- na co komu to obżarstwo.

Gdybym robiła u siebie wigilię ( z nieortodoksyjnym zachowaniem tradycji- czyli postną) to byłoby u mnie:
- śledzie (ale z migdałami), lub ryba w galarecie ( ale jednak śledzie chyba)
- zupa grzybowa z lanymi kluskami
- dorsz ze sreberka ( mógłby jeszcze byc łosoś, ale u mnie albo łosoś, albo seks, to już niech będzie ten dorsz), ziemniaki i surówka z selera z bakaliami
- galaretka z suszu z bitą śmietaną i sałatka z pomarańczy i jabłek.
- makowiec i piernik

Żadnej kapusty!!!


środa, 21 listopada 2012

Mała rzecz, a cieszy

( nie wiem, czemu luby się irytuje, jak tak czasem mówię ;) )

Z cyklu: "głupoty" :)

Mieliśmy dziś maraton po różnego rodzaju sklepach.
Między innymi byliśmy w pewnej drogerii.

Zainteresował mnie regał z takimi duperelami.
Było tam coś, co wielkością było podobne do dwóch pudełek zapałek. W srodku była doniczusia ( nie wiem, jak inaczej nazwac małą doniczkę, o pojemnosci kieliszka do wódki) i jakiś napis ( np imię, albo napis "super brat" " super mama"  takie różne) i nasionko.
Zdjęłam okulary ( pani okulistka stwierdziła, że za blisko oczu trzymam, coś z czego czytam i tak mi dobrała okulary, ze do naprawdę małych liter muszę je ściagac, hi)
Spersonalizowane magiczne nasionko fasoli - czy jakoś tak. Wlewasz se człowieku wodę do doniczusi, nasionko fasoli kiełkuje i magia sama się dzieje...
Absurd tego produktu doprowadził mnie do głośnego wybuchu śmiechu, a jak doczytałam cenę, to śmiech mi wycisnął łzy z oczu. Mianowicie- 17 zł.

A teraz tak sobie myślę, że w sumie chyba bym chciała taką spersonalizowaną fasolkę, hi

Stroiki

Te, które mi się nawet podobają.
Adwentowy.
Kółko owinięte polietylenem ( ładniejsza by była wata- bardziej puchaty by był), a potem organzą w gwiazdki. Wklejony świecznik w kształcie łuku.

Wianki na drzwi. Metoda podobna, tylko dekoracja inna.

Sisalowy koszyczek. Bielona kokosowa kora, bombki szyszki, orzechy, suszone pomarańcze. Bardzo prosty do zrobienia stroik.

Rattanowa gwiazdka. Ciekawe, czy ktoś zgadnie, z czego jest świecznik ;) Trudnością jest zamocowanie go do delikatnej i dośc kruchej rattanowej podstawy.

I moje najulubieńsze stroiki z kasztanów.
Na gadkowym forum kiedyś pokazywałam, jak taki zrobic. Nie jest trudny, a jedynie pracochłonny dośc, bo wymaga doklejania kasztana do kasztana ( albo orzecha do orzecha). Jesli będę miała jakiś stroik na swoim stole- to właśnie taki. Z kasztanów, albo orzechów, ozdobiony szyszkami, plasterkami pomarańczy, kawałkami kory cynamonu i z miodową świecą ( miodową- czyli z wosku pszczelego). Częśc zdjęc poznikała, ponieważ były dodawane za pomocą zewnętrzenej strony, a reszta jest fatalnej jakości ( komórką robiłam), ale myślę, że widac, jak zrobic taką dekorację.

Kiedyś pokazywałam, jak zrobic prosty wianek z żywych igiełek.
Tak ( chodzi mi o wypowiedź nr 4 - dziwnie się na tej stronie linkuja posty)

Na razie tyle. Jeśli będę miała czas w trakcie pracy, żeby zrobic zdjecia, to pokażę też, jak zrobic inne.

Co się przyda do robienia stroików?
Wszystko :)
Suszone owoce, małe jabłuszka, pierniczki, bombki, szyszki ( idealnie, jesli sa różne, ja najbardziej lubię modrzewiowe), orzechy ( też różne) gwiazdki anyżu, kawałki cynamonu, kasztany, żołędzie, świece, wstążki, patyki różne ( po raz kolejny- rdestnica, daje się "obrabiac" za pomocą noża kuchennego, dereń tez ładnie wygląda, wierzba- mandzurska, albo sachalińska) ładne nitki, brokat.

Idealnie byłoby miec pistolet, który klei na gorąco, ale nie jest konieczny, drucik wystarczy. I jeszcze coś, w co można wbijac różne rzeczy- na domowe potrzeby - pianka florystyczna ( do kupienia w kwiaciarni, albo w markecie). Ja robię wszystko w styropianie.








wtorek, 13 listopada 2012

To tak trochę już :)

Ja nie wiem, czemu taki wiele osób oburza się, na przesuwanie światecznej atmosfery na listopad...
Nie chcę nikogo oburzac, ale ja bym chętnie już zaczęła ;)
Tyle rzeczy, tak ładnie drażniących zmysły... Tyle migoczących rzeczy :), błyszczących :), mrugających :)...
Światełek, swieczuszek, błyskotek :) - cudasiów- jednym słowem :)
Tyle pięknych zapachów :) cynamonu, pomarańczy, igiełek...
Ładne melodie :)

Dobra ;)

Jeśli chodzi o piernik staropolski, to ja jestem trochę spóźniona... Niby mogłam wcześniej, ale postanowiłam sobie, że od wyniku dzisiejszego dnia to uzależnię... Wypadło ( chyba) pomyślnie, choc bez decydującego rozstrzygnięcia, na które jeszcze trzeba poczekac kilka miesięcy...
Pomyślałam sobie, że zaczaruję te wszystkie zaklęcia pomyślności, szczęścia i dobrych rozwiązań w pierniku staropolskim. Zaklnę w nim dobre, pozytywnę mysli, dobrą energię- niech dojrzewa :)
I niech się odpłaci, tym, co zawsze :)

Przyprawę zmieszałam. Trochę na oko, ale w końcu to moje szczęście :)
Wzięłam:
1 łyżeczkę ziaren czarnego pieprzu
1 łyżeczkę ziaren białego pieprzu
1 łyżeczkę ziaren kolendry
1 łyżeczkę ziaren ziela angielskiego
ok 8 ziaren kardamonu jasnego ( wyłuskałam z łupin)
2 kawałki kory cynamonu
ok 1 łyżeczki goździków
ok 20 g korzenia imbiru świeżego
spory plaster suszonego galangera
pół gwiazdki anyżu
i pół galki muszkatołowej
Łycha suszonych skórek z pomarańczy i innych cytrusów

Galanger nie jest konieczny ( to roślina podobna trochę w smaku do imbiru), ale akurat mam. W tamtym roku wykrzywiłam noże w młynku próbując rozdrobnic ów galanger, wiec teraz najpierw go pokroiłam, a potem zniszczyłam w moździerzu- a dopiero kawałki wrzuciłam do młynka.
Zapach w kuchni spowodował, ze zaczęłam kichac :)
Coś mi się zdaje, ze bardzo pierny, będzie ten mój piernik :)

Teraz podgrzeję miód, cukier i masło, zmieszam z mąką, przyprawą, jajami, i innymi rzeczami... Zagniotę, wpakuję do miski, zamotam w szmatki, zapakuję w papier i postawię na balkonie. Piernik dojrzewa w chłodnym miejscu. Lodówka jest zimnym miejscem, moja piwnica- ciepłym zaś, a komórki nie posiadam.

Po około 4 tygodniach lezakowania na balkonie, upiekę kilka cienkich placków- będą jeszcze przez około tydzień mięknąc, otoczone kromkami chleba i suszonymi jabłkami, znów zamotane w papier i ściereczki.
Pózniej przełożę je powidłami ze śliwek ( dziękuję Ophrys, za magiczny słoiczek. Tylko dlatego kiedyś robiłam powidła śliwkowe, żeby przełozyc nimi piernika :) ) i musem z korzennych gruszek i orzechów ( tak se umysliłam). Na wierzch polewa z czekolady...

Jakby kto chciał, to proszszz przepis

Jutro zaczynam sypac brokatem :)
Widzę, że wiele osób interesuje się stroikami świątecznymi. Widze wiele moich "dzieł", wiele moich zdjec linkowanych na różnych stronach w necie. Dziękuję wszystkim, którzy podają moje autorstwo, kiedy korzystają z moich prac- w jakikolwiek sposób.
Pokażę tegoroczne, oraz pozbieram materiały z różnych forów, w których pokazywałam, jak zrobic stroiki, o różnym stopniu trudności.

Tak trochę- to już :)


Editka
Jest naprawdę pierny :)
Jeśli ktoś woli mnie pikantne smaki, a chce skorzystac z mojej recepty- to radzę uzyc jednego rodzaju pieprzu, albo po pół łyżeczki ( a nawet jeszcze mniej- ja mam " niewyparzoną" paszczę, więc potrzebuję mocniejszych doznań ;) )
Ale ...
Zapach przyprawy podgrzanej w miodzie mi zaraz mózg w powietrze wysadzi :)

wtorek, 6 listopada 2012

Otóż dynia!

Tradycyjnie czuję się szarpana w sprawie zajęcia przeze mnie stanowiska w sprawie dyni.
Czuję na sobie ciężar nie stanięcia w obronie zadumy, refleksji, "głębokiego" przeżywania przemijania i stanięcia po stronie "naszej" cywilizacji...
A wszystko to za sprawą biednej dyni.

"Nasza" cywilizacja przygarnęła pogańskie obyczaje, podobnie, jak inna przygarnęła inne. Nad czym tu się zastanawiac? Niby dlaczego "zaduma" ma byc lepsza, bogatsza duchowo, niż radosne przekupstwo dusz zapożyczone z innej kultury?
I w ogóle, nudzi mnie już temat "zapożyczeń" "małpowania", wyższości słowiańskich i chrześcijańskich celebr itd.
Mało kto wie, że listopad naznaczony " zadumą" ( wie ktoś w ogóle, co to znaczy?) został właściwie urzędowo wybrany, jako miesiąc, kiedy ludzie już pozałatwiali swoje sprawy na polach ( wcześniej masowo ruszali na groby wiosną, co nie było zbyt praktyczne), a sam cel święta jest identyczny, jak Halloween? Ma na celu obłaskawic zmarłe dusze- tylko inaczej, nie za pomocą cukierka, a za pomocą modlitwy...

Podobnie, jak nie znoszę przymusu radowania się z niewiadomego mi powodu w Sylwestra, takoż i rogi wystawiam na próbę przymuszania mnie do odczuwania " zadumy" na początku listopada.
A argumenty o tym, że haloween to czysta komercja wkładam do szufladki "pierdolenie". Bo czymże niby ma się różnic komercja w szale zniczy i dekoracji nagrobnych, od szału słodyczy i dyni? No tak- znicze i chryzantemy ( moja babcia mówiła " fryzantemy" :))) ) służą " zadumie" i " głębokim refleksjom o przemijaniu" ( co to w ogóle jest? I jak odróżnic płytką refleksję o przemijaniu, od tej głębokiej? )... Jasne, to wszystko tłumaczy i dlatego najlepiej obłożyc dynię ekskomuniką* a jej spożywanie zaliczyc do szatańskich praktyk...
W tym roku szczególnie mam już dośc przemijania, śmierci, "zadumy"...

A wszystkiemu winna dynia.
A ponieważ jest tak poniewierana ( biedna dynia) moja przekora każe mi stanąc w jej obronie. Bo co dynia winna, że ludzie gupie?
A mnie się dynia podoba. Bardzo :)
Jest dla mnie kwintesencją jesieni. Płodności, koloru.
Lubię jesc dynie w różnych postaciach. I jem.
Jest ładna, niskokaloryczna, fajnie zagęszcza różne potrawy, nadaje im ładny kolor. Ma tysiące wcieleń i pewnie jeszcze wiecej zastosowań.

A w tym roku zachciało mi się lampionu z dyni :)
I luby mi zrobił.
Wcześniej nigdy nie miałam, bo zazwyczaj pod koniec października oddawaliśmy się stroikowemu dawaniu dupy, czyli czysto zarobkowej czynności sprzyjającej "zadumie" ;> I zwyczajnie nie mieliśmy czasu na takie rzeczy, jak wydrążanie dyni.
Bardzo fajny lampion z dyni jest :) Luby włożył do środka niebieskie lampki diodowe :)
Zdjęcie zrobię, jak bedę miec gdzie ;>  I o ile dynia jeszcze do tego czasu wytrzyma, bo coś widzę, że jej się mordka zaczyna zapadac.

* Odnośnie ekskomuniki, to czytałam kiedyś, że w średniowieczu, szarańcza niszczyła ludziom plony. No i ludzie poszli do biskupa, żeby coś z tym z zrobił. A on wezwał szarańczę na sąd boży. Wszystko odbyło się zgodnie z literą prawa- tzn. Szarańcza została zawiadomiona o fakcie pozwania jej przed sąd boży ( za pomocą ogłoszeń rozklejonych na okolicznych polach), dostała obrońcę z urzędu, który argumentował tym, ze szarańcza, jak każda boża istota musi znajdowac pożywnienie i prosił w jej imieniu o wyznaczenie miejsca, gdzie swą koniecznośc szarańcza może odbywac bez szkody dla nikogo.
Ponieważ jednak szarańcza zignorowała wezwania przed sąd i nie stawiła się na procesie- została obłożona ekskomuniką...
Ale czad :D :D :D Bardzo ubolewam nad faktem, że nie byłam obecna na tym procesie. Tylko nie wiem, czym bym nie była zeszła ze śmiechu, bo to rodzaj absurdu, który mnie zwyczajnie podnieca.

P.S Chryzantemy też bardzo lubię i co roku towarzyszą mi jesienią- w... wazonie. Teraz też mam. Piękne sa, kremowe i ładnie pachną.
Moja zaduma jest taka: z uśmiechniętym pyskiem, z "fryzantemą" w tle :)

sobota, 3 listopada 2012

No i

spalił się dziad... Popcorn jeden.
Nie szkodzi- i tak go zjem.

Szarlotka w piecu. Się nie spali - mam nadzieję.

Pomarańczowo mi.

Dyńka, co się świeci na niebiesko jutro. Albo zaraz. Albo zresztą nie wiem. Ale jest i się świeci.

czwartek, 25 października 2012

;)

Dostałam od Kazika...
Coś w tym jest ;)




Bardzo Wam dziękuję za ostatnie słowa.
Dobrze może nie będzie, ale może też nie aż tak źle....

Taki kawał był.
Facet wylatuje z 9 piętra i się ze Stwórcą zaczyna jednac: Panie Boże, jak tylko przeżyję, to przestanę pic i zdradzac żonę... Przeżył, ale Bóg mu przypomina, co obiecał...
A facet: człowiek w szoku, to pierdoły gada.

poniedziałek, 22 października 2012

...

" jak tyko powstałem z raczek, zaraz doskoczył do mnie Bóg- z pretensjami. Dlaczego mu wtedy ukradłem te jabłka?"
Pamiętam kawałek wiersza, autora nie pamiętam- o autorstwo podejrzewam Józefa Barana, ale nie jestem pewna.
Nie udało mi się wyguglac- może zreszta moja pamięc, która pamięta różne rzeczy, ale tego jakoś nie- juz szwankuje... Pamięc, na którą cały czas liczę...

Już mi cholernie głupio cały czas tak narzekac...
Kolana mam zdarte, od pełzania na nich. Lekcje pokory odebrałam... odbieram co dzień...
Siedem lat chudych?
Nie wytrzymam jeszcze kilku lat... :(

Świat jest naprawdę parszywy... Życie też. Nie wiadomo po co to komu potrzebne.
Mnie by było lepiej i światu też lepiej beze mnie...

niedziela, 14 października 2012

No ;)

Gadałam wczoraj z Iv...
Iwona robiła to danie ( nieco zmodyfikowane). Przeczytałam, pomyślałam, że w sumie fajne, bo pieczone warzywa nie mogą byc niefajne, ale trochę nudne i pewnie dupy ze szczęścia nie urwie ;)
No i tak zaczełam kombinowac, że moze z jakimś sosem, że może z rukolą, że moze z mazurskim serem marynowanym, a potem, ze mozę tartę.
A że miałam całkiem fajny zestaw warzyw, to postanowiłam sama spróbowac.
I tak:
500 g dyni ( taka twarda odmiana, z zielono- szarą skórką i intensywnie pomarańczowym środkiem)
150 g cukini ( jedna mała, niewyrośnięta)
z 8 małych pieczarek
czerwona papryka
cebula
kilka ząbków czosnku w łupince

Oliwa z suszonych pomidorów
ocet jabłkowy, ziołowy
Pół łyżeczki ziarenek kolendry
Łyżeczka kminu rzymskiego
Łyżeczka białego pieprzu w ziarnach
Gałązka tymianku

Kilka suszonych pomidorów.

Pokroiłam warzywa w kostkę, ziarenka kolendry, pieprzu i kuminu potłukłam w moździerzu, wymieszałam z oliwą i octem. Wytaplałam w tym warzywa, wsadziłam do pieca z gałązką tymianku i ząbkami czosnku w łupinkach. Papryka w całości. Piekło się to z 15 minut, po czym paprykę przełożyłam do garnka, szczelnie przykryłam, a gdy ostygła, to zdjęłam z niej skórkę, pokroiłam w paski i dodałam jeszcze kilka pokrojonych takoż pomidorów suszonych. Upieczony w łupinkach czosnek, wyłuskałam i powstałą czosnkową pastę wymieszałam z resztą.
I co?
Całkiem urwało mi dupę :)
Pół blachy zeżarłam bez niczego- prosto z blachy...




Trochę jednak zostało. Wymieszałam z mazurskim serem, zapakowałam w ciasto francuskie i... zeżarłam, cho przyznaję, że same warzywa lepsze.
A reszta dostała taki sos:
Olej lniany, ocet malinowy, musztarda miodowa
Dostała też parę strzępów sałaty ( lepsza by była rukola, ale nie miałam biedronek wystarczająco, zeby zakupic)
No ;)
Zajebiście pyszne.
Iv, miałaś czuja do tej bardzo prostej, bajecznie kolorowej i przepysznej przystawki.

czwartek, 11 października 2012

...

Świat jest parszywy, ludzie wredni i fałszywi, a życie ogólnie do dupy.

Dziękuję za uwagę.

piątek, 5 października 2012

Pytanie chyba retoryczne :)

Pytanie brzmi: Po co istnieje Urząd Pracy?

Znacie kogoś, komu Urząd Pracy pomógłby znaleźc pracę? ;) Ja nie znam.

Luby rozmawiał z pewnym potencjalnym pracodawcą. Pierwsze pytanie, jakie zadał pan brzmiało- czy pan z zesłania przez UP? bo jak tak, to nie mamy o czym rozmawiac... Mówi, że na gwałt potrzebuje rąk do pracy, dał ogłoszenie do UP, podesłali mu ludzi, a on musiał ich zatrudnic ( nie wiem czemu), ale oni nic nie umieją... do budowlanki przysłali mu piekarzy, informatyków. I prosząco- niech pan mi powie, że umie pan kłaśc kafelki...

Albo moja znajoma.
-Czy pani ma ochotę podnieśc swoje kwalifikacje zawodowe?
-Oczywiście, że tak.
-Mamy kurs na prawo jazdy tej kategorii na tiry.
To nie żart.
I to nie o to chodzi, że kobieta się nie nadaje do prowadzenia tira, bo nadaje się znakomicie, ale może nie matka piątki dzieci w różnym wieku, sama w wieku 50+...

Tak się zastanawiam czasem, czy urzędnicy UP czytają w ogóle te dokumenty, które ludzie składają?
I cóż w tym zdrożnego, że ludzie chcą pracowac w branży, której się nauczyli? że tak koniecznie trzeba ich na siłę doszkalac? No rozumiem, że nawet najznakomitszy konserwator wiecznych piór może miec problem ze znalezieniem pracy w tym zawodzie i komuś takiemu rzeczywiście może się przydac kurs na tiry chocby, ale żeby robic na siłę, pod groźbą utracenia statusu bezrobotnego, ze sprzedawcy- kierowcę tira, a ze ślusarza- pomocnika piekarza, to jakoś się kłóci ze zdrowym rozsądkiem.

Wychodzi na to, że osoby bezrobotne nie są na nic Szacownemu Urzędowi potrzebne, bo to nie programy przygotowuje się pod ludzi, tylko ludzi dowolnie kroi się na program...


środa, 26 września 2012

Lokalne produkty

Wiele razy już pisałam, że jestem całym sercem po stronie tego, co jedyne i niepowtarzalne na świecie.
Świat jest taki ciekawy, szkoda go ujednolicac- jeden obowiązujący strój, identyczny na całym świecie kotlet, jedyny słuszny sposób na życie...

Trochę trudno jest o tym mówic, będąc w sytuacji "ubogiego krewnego", mniej zdolnej kuzynki, której udziałem przeważnie jest przysłuchiwanie się, jakie to cuda i powody do chwały mają inni...
Bo to, że mają- to jest fakt niezaprzeczalny...
Niemniej jednak ta kuzynka wcale nie jest taka uboga i mało zdolna.

Troszkę podobne są też lokalne produkty... Powstałe w konkretnych miejscach, w ścisłym związku z własnym, niepowtarzalnym środowiskiem, promowane z pasją i miłością.

Ja osobiście znam trzy takie przedsięwzięcia. A jest ich dużo więcej... I ciekawe, czy starczy mi życia, by poznac tez inne.
Inicjatywy ludzi, związanych z regionem, które mają na celu przyniesienie im osobiście dochodu, a także promują wielopłaszczyznowo region.

Pierwsza, to inicjatywa sadowników z Małopolski. Nie mają oni aż tak dużych sadów, jak w innych regionach Polski, wiec trudno im konkurowac. Mają za to coś cenniejszego- produkt regionalny i tradycję.
Niestety- swojego regionalnego produktu nie mogą legalnie sprzedawac, jak to się dzieje na całym świecie.
Tzn- mogą... ale warunki, które musieliby spełnic, sprawiają, że produkt przestałyby byc regionalny, a stałby się globalny...
To rodzaj absurdu, na który pistolet się sam w kapsie odbezpiecza...
Pewnie wszyscy wiedzą, o czym mówię...

Druga- to powidła strzeleckie i promowanie regionu Doliny Dolnej Wisły. Bardzo ciekawe przedsięwzięcie, któremu dodatkowego smaczku dodaje afera wokół powideł ;) Czy one Ci strzeleckie są, czy jakieś moze inne? Może i ta afera pomogła rozpropagowac trochę i produkt, i region.

Dziś jednak chciałabym się skupic na mazurskich serach.
Ponieważ dostałam kilka rodzajów do spróbowania.

O tym, że coś, co się nazywa "polskie sery zagrodowe" zaczyna byc głośno w świecie, to już od jakiegoś czasu wiadomo. I bardzo mnie denerwują stwierdzenia w rodzaju: " nie udaaa sięęęę, w Polsce nie ma kultury jedzenia sera", albo " phi, dobry ser to jest parmiggiano reggiano, w Polsce nie ma tradycji do produkcji serów", kultury można nauczyc, a tradycję stworzyc. A takie gadanie, tylko podcina skrzydła, niewielkiej grupie ludzi, którym się chce...

A tu śniadanie serowe ;)
Mój numer jeden to: ser z ziołami i konfiturą z czarnej porzeczki. ( konfiturę moje rączki wykonały i dorzuciłam do niej gałązki tymianku pomarańczowego)
Mój drugi numer jeden to ser śmietankowy średnio dojrzały, na chlebie maczanym w oliwce z suszonych pomidorów, z suszonym pomidorem.( suszone pomidory wykonały moje rączki, oliwka, to produkt uboczny moczenia się w niej pomidorów )
Mój trzeci numer jeden, to ser śmietankowy, ale mniej dojrzały, pokrojony w kostkę, z pomidorami, cebulą i oliwkami. Taka trochę sałatka grecka, ale nie grecka, tylko mazurska ;)

Mam jeszcze kilka pomysłów- np ser ( ten mój ulubiony, trzeci ;) ) w zalewie z czosnkiem i tymiankiem.
Jestem ciekawa, jak będą smakowac z gruszką, z chrzanem... Jej... aż szkoda, ze mam tylko jeden żołądek...

O serach mazurskich można sobie poczytac...

Myszura, bardzo dziękuję, że mi umożliwiłaś pokosztowanie tych cudeniek :)

A jak jest z Wami? Jak jadacie poza domem, to wybieracie potrawy, które znacie? czy takie, które są związane z regionem? Bo ja zawsze chcę próbowac czegoś regionalnego... Tylko, że nie ma... Najwyraźniej restauratorzy wychodzą z założenia, ze nikt tego nie będzie jadł... A ja bym jadła, gdyby tylko było...
Niedawno, w czasie spotkania naszego dostaliśmy do spróbowania babkę ziemniaczaną.  Ja tego dania nigdy wczesniej nie jadłam, a to takie dobre... Więc dlaczego wszyscy mi wmawiają, ze koniecznie musze lubic schabowego? I jeszcze, że to tradycyjna polska, zdrowa potrawa?
Dlaczego nie czerpac z tej bogatej tradycji, chłopskiej, biednej może, ale za to jakiej smacznej kuchni?
Dlaczego inni mogli z dań biedoty ( takich jak pizza, czy ślimaki) uczynic potrawy godne podawania na srebrnej tacy,a  my małpujemy cudze wzory, bezmyślnie wpuszczając je do własnej kuchni, a rugując stamtąd inne dania?
I nie mam nic do pizzy ( lubię, ale raz na kilka miesięcy mi starczy), do ślimaków też nie, ale chciałabym spróbowac kotletów z kaszy gryczanej, żurku z twarogiem i jeszcze innych rzeczy, których nawet w tej chwili nie umiem wyliczyc.

Edit:
Zamarynowałam sobie ser. Już się nie mogę doczekac, aż nabierze mocy urzędowej ;)



wtorek, 25 września 2012

Wyszło na moje...

Czyli praktyczny poradnik, jak tworzyc forum :)
Nie wiem, może gdzieś takie wskazówki w necie istnieją, ja takowych nigdy nie czytałam ( może i lepiej, hi)

Forum, ( jak chyba każde przedsięwzięcie ludzkie) musi miec jakąś ideę. Z bogatego wachlarza różnych wybierz sobie jakąs nadrzędną i nigdy nie o tym nie zapominaj. Jeśli zapomnisz, lub tej idei się sprzeniewierzysz- prawdopodobnie masz po forum. Jeśli zostaniesz postawiona/ny w konflikcie idei, zawsze musisz wybrac tę nadrzędną, dla której forum powstało. Nie daj sobie nakłaśc do głowy, że jakieś inne, cudze, są ważniejsze. A już szczególnie - nie daj sobie wmówic, że twoją ideą musi byc koniecznie wolnośc słowa. A jeśli juz dasz sobie wmówic- to egzekwuj całośc ( Wolnośc to zawsze i prawo, i obowiązek, oraz niesie w sobie koniecznośc ponoszenia odpowiedzialności. Wolnośc słowa także. )

Musisz miec świadomośc, że administrowanie forum, to czysto służebna rola. Jeśli chcesz forum, by wystawiac ołtarzyki dla siebie, to - jeśli nie masz charyzmy w stylu znanych z historii dyktatorów- odpuśc se forum i wybierz formułę bloga. Jeśli brakuje Ci pokory, to myślę, że mogę zagwarantowac, że bardzo szybko odbierzesz lekcje ;))) Nawet jeśli Ci się wydaje, ze wiesz najlepiej, warto słuchac cudzych racji. Warto też sobie uświadomic, że twórcy innych, też chcieli jak najlepiej. I za ich działaniami tez stały racje.

Zamknięte fora nie mają długiego życia. Intymnośc na takim forum bardzo kusi, ale zaduch zawsze sprzyja powstawaniu bakterii gnilnych... Tu też wyszło na moje, pewnie niektórzy Czytelnicy wiedzą, o czym mówię...

I jeszcze: nic nie przyspieszysz pompując forum sztucznymi działami, potrzebnymi dwa razy w roku, wprowadzisz tylko chaos i niepotrzebne zamieszanie, oraz tylko złudę, że forum żyje. Forum, jeśli żyje, to żyje emocjami i zaangażowaniem, a nie pustymi działami i reklamą.

Do napisania tego "poradnika" zainspirował mnie list, który otrzymałam wczoraj.
Mam zgodę na publikację fragmentu:
"Hej Aga. (...) chcialem Ci przekazac ze mialas racje co do moderowania forum; Nie da sie prowadzic forum bez banow i z calkowita wolnoscia slowa i nie banujac nikogo.
No coz.. zycie depcze wyobraznie,"

Żeby coś takiego napisac, trzeba miec jaja, więc myślę że moja satysfakcja, mile łechcząca moją próżnośc, a wynikająca z tego, że miałam rację, jest  do przełknięcia ;)))
A teraz wystaw tyłek, dam Ci kopniaka- na szczęście i za pomyślnośc kolejnych projektów. :)
I jak na Ciocię Dobrą Radę przystało... ;) Musisz zdefiniowac "wolnośc słowa" i umieścic ją w pewnym ( zhierarchizowanym) wszechświecie wartości, na właściwym jej miejscu. Chyba, że chcesz z niej uczynic wartośc nadrzędną.
Tylko po co?

Powinnaś/nieneś też wiedziec, że znajdą się osoby, które wezmą sobie Twoje wszystkie pomysły, jako swoje... W dodatku będą zaprzeczac, że to twoje pomysły- mimo, ze są doskonale udokumentowane na piśmie i nieźle zarchiwizowane...

Powinnaś/ nieneś też wiedziec, że przyjdą też osoby tylko po to, by cię różnorako wykorzystac- twoje pomysły ( ukraśc je -tak się na to mówi), zaangażowanie, miejsce, które z taką starannością mościałaś/ łeś ...

Oraz to, ze przyjdą ( trudno w to uwierzyc, ale tak właśnie jest) tylko po to, zeby cię kopnąc- po prostu kopnąc, nawet jeśli nazywają "obroną wolności słowa"- tak się nazywa najczęściej chamstwo, prostactwo i grubiaństwo...

czwartek, 20 września 2012

Odgrażałam się, że obsmaruje na blogu, hi

To obsmarowuję :P
W drodze powrotnej spotkałam się z jeszcze jedną osobą :)
Też niezwykłe spotkanie...
Też magiczne.
Też dziękuję :)

Wiedziałam, że jesteś mi duchowo bliski. Ale nie wiedziałam, ze aż tak ... mimo, że za uszy wyciągałeś mnie z czarnej studni. Mimo tego, ze wiesz o mnie takie rzeczy, jak mało kto... Byłeś przy mnie, kiedy się rozsypałam na milion kawałków...Nie oceniałeś, nie poganiałeś, nie mówiłeś, ze coś muszę. Słuchałeś mnie, miałeś siebie dla mnie...

Jesteś taki trochę kolczasty :)- pamiętasz, jak darliśmy sobie kudły :)... myślałam, że będziesz trzymał dystans, a Ty się okazałeś taki, jak sobie Ciebie wymyśliłam :), taki ciepły i troskliwy.
Uroczy.
Nie będę tu opisywac naszych wspólych chwil. Niech zostaną dla nas :)
Mam nadzieję, że będą jakieś jeszcze... Kiedyś, byc może...I że zabierzesz mnie na Powązki...
Piszę po to, żebyś wiedział, jak bardzo magiczne to spotkanie było dla mnie...
I jeszcze, żebyś wiedział, ze to dla mnie ma znaczenie.

Dziękuję.

( nie odpisuj, Przystojniaku, jesli  nie masz chęci, czy tam coś innego... Wiem, że czytasz, po prostu chciałabym, żebyś wiedział)


środa, 19 września 2012

Spotkanie

Jakiś czas temu umyśliliśmy sobie na gadkowym forum, że się spotkamy w większym gronie.
I tak zrobiliśmy.
Jakiś tydzień byłam w permanentnej euforii. Przed spotkaniem- euforia, w jego trakcie zaczęłam lewitowac, oraz ten stan utrzymywał się jeszcze później.
Reportersko to nie wygląda jakoś specjalnie interesująco- wysiadłam z pociągu- piłam, potem wsiadłam w inne pociągi, potem znów piłam, potem nie wsiadając do pociągu piłam nadal, a potem znów wsiadłam do kilku pociągów...
Jednak ludzie, z którymi się spotkałam wypełnili ten czas pociąg- picie- pociąg- picie, picie- pociąg tak niezwykłymi tresciami, że sprawiły, ze latałam pod sufitem.
Trudno opisac stany, wynikające z obcowania z niezwykłymi kobietami, dziesiątki godzin wypełnionych babskim gadaniem, śmiechami, łzami wzruszeń, zwierzeniami... Gadaniem o najważniejszych sprawach, oraz o pierdołach, takich, jak duże cyce, techniki makijażu, przymierzanie ciuchów...
Czas wypełniło też wspólne gotowanie :)

To zupełnie niezwykłe, jaką można więź poczuc z osobami w różnym wieku, różnych zawodów, różnych doświadczeń życiowych...

Zdaję sobie sprawę, że wszyscy przyczyniliśmy się, do tego, że to spotkanie było tak niezwykłe ( to za lekkie słowo, ale nie znajduję lepszego ciągle jeszcze), ale największa w tym zasługa Gospodarzy.
Użyłam liczby mnogiej, choc doskonale wiem komu pierwszeństwo się należy...
Należy się Gospodyni, która to wszystko wymyśliła "na żywioł"- zaproponowała, choc miała obawy.
Zorganizowała.
Dopilnowała.
Jednak piszę w licznie mnogiej, o Gospodarzach, ponieważ cała rodzina oddała nam ( gościom)- to, co jest kompletnie niewymierzalne- siebie i własne serca. Ich dom i częśc ich życia.
Cała wspaniała rodzina - mimo, że widzieliśmy się pierwszy raz w życiu- sprawiła, że czułam się ( czuliśmy się) tak dobrze i bezpiecznie.

Tak właściwie to ten wpis ( ;))))  ) to jest podziękowanie.
To jest bardzo trudno powiedziec, bo wyrazic takie emocje, powiedziec, że tez to czuję, jest bardzo trudno.
Jest taki przymiotnik " serdecznie"...
Troszkę wyświechtany, bo są serdeczne pozdrowienia, serdeczne życzenia- przy każdej okazji...
Dla mnie jednak słowo "serdecznie" brzmi inaczej- właśnie od serca...
"Niania Ogg (...) Uwielbiała słowo „serdecznie". Brzmiało bogato, jak również pobrzmiewało
ochrypłą alkoholową nutką." ( T, Pratchett, "Carpe Jungulum" s.6 )

Kiedyś mnie Sanna porównała do Niani Ogg...
Mam co prawda więcej, niż jeden ząb, nie jestem też ( jeszcze :P ) staruchą, ale z Nianią Ogg się identyfikuję...
I bardzo podoba mi się ten cytat.
I tak właśnie chciałabym podziękowac Gospodarzom- serdecznie, z całego serca, bo za oddane serce nie można ani podziękowac, ani odpłacic inaczej, jak właśnie sercem. I mam nadzieję, że jakoś zdołam to zrobic.
Powyższy cytat z Pratchetta bardzo pasuje do całego spotkania ;) Bogatego ( w treści, emocje i wzruszenia) i pobrzmiewającego lekko ochrypłą, alkoholową nutą ;))) ... no powiedzmy, że bardzo alkoholową nutą ;)))

Z całego serca dziękuję za to spotkanie.
Wszystkim, z uwzględnieniem tego, co napisałam powyżej.

poniedziałek, 10 września 2012

Lista szkód z niedzieli

Dzień, w którym się ewidentnie nie farci.
Czegom się nie chwyciła- spieprzyłam.

1. Żurek.
Kiedyś myślałam, ze się nie da zepsuc. Owszem da się. W zyciu czegoś takiego nie widziałam, ale po wlaniu zakwasu się... zważył. Zakwas i wywar ok, żurek - nie ok. Dziwne.

2. Przypalił się obiad. I nie, nie pochłonął mnie net, stałam przy garze a on się spalił.

3. Chleb. Bardzo łatwy chleb Ilki, robiłam już setki razy. Chyba zabiłam drożdże zbyt ciepłą wodą, bo nie wyrósł. Ale to nic. I tak postanowiłam go upiec. Wyglądał klasa. Skórka przyjemnie trzeszczała pod palcami, jednak w środku znalazłam ... surowe ciasto.

4. Oparzenia różnych czesci ciała.
Palec wskazujący lewej ręki oparzyłam o gorące blachy piekarnika. Prawej ręki - o gorący garnek.
Zbyt energicznie obracany pacek ziemniaczany prosto z patelni spadł mi na stopę.
Oparzyłam sobie brzuch, ale na to lepiej spuszczę zasłonę milczenia, bo i tak nikt nie uwierzy. Oparzony brzuch może nie jest tak spektakularny, jak krupnik wylany na plecy, ale rzecz w tym, że do oparzenia doszło w pewnym dziwnym ciągu zdarzeń, które chyba tylko ja potrafię zainicjowac. Pomyślę o wysokim ubezpieczeniu na życie. Jeszcze zanim luby napisze książkę o moich "przygodach".

5. Na koniec stłukłam lusterko. A teraz szukam drugiego. Żeby je też stłuc i odczarowac. I nie przejmowac się przesądami.

Ale humor nadal dobry :)
Cieszę się, że nie brałam się za przelewanie wina, bo pewnie też bym coś zrobiła, w stylu stłuczenia dymionu, albo rozalania wszystkiego na podłogę.


sobota, 8 września 2012

Hodowla...

...Drosophila melanogaster, czyli muszki owocówki. Rany!!!!
Hodowla nie celowa tylko przy okazji produkcji wina... Jeju... kiedyś pisałam, że mam schizę owadową - przerażają mnie rojące się owady. Nawet nie tyle przerażają, co brzydzą. Jak się mrówki roją, to nie wychodzę z domu, a jak już muszę- to chodzę po trawie...
A teraz to mam w domu.. aaałaaa.

Muszki się garną do przyszłego wina. Mam nadzieję, że to będzie chociaż dobre wino, a jak już nie takie dobre, to chociaż wino ;) Z racji uciążliwości mycia balonu, winogrona fermentują w garach. Jutro silonoręki odciśnie moszcz i mam nadzieję- muszki sobie pójdą.

Z okazji tego wina ( mam nadzieję, że wina ;>) poszłam kupic drożdże winiarskie, oraz zasięgnąc języka odnośnie produkcji wina. Pan bardzo chętnie ze mną porozmawiał, podpowiedział, że wino z ogrodowych winogron dobrze jest czymś zabarwic, ponieważ samo wino z takich winogron ma niezbyt ciekawy kolor rozpuszczonych landrynek. Podpowiedział sok z jeżyn, sok z jagód, albo z czarnego bzu.
Soku z jagód nie posiadam, jeżyny- owszem mogłabym nazbierac, ale wtedy naraziłabym swoją delikatną skórę na kontakt z taaaaaaaakimi wielkimi końskimi muchami, no i milionami komarów, więc padło na czarny bez.
Pojechaliśmy wczoraj do lasu, narwaliśmy bzu, a potem na naszą skarpę.
Oprócz czarnego bzu przywieźliśmy też jabłka i malutkie gruszeczki. Malutkie, ale pyszne.

No i w związku z tym dziś od rana robiłam sok z czarnego bzu- do wina i do picia. Kiedyś robiłam dżem z czarnego bzu i choc miał fajny jagodowy smak, to miał też dla mnie okropny drożdżowy zapach. Jednak sok jest go pozbawiony, więc będę go pic :), a może dotrwa lepszych czasów i zrobię Kruszynkową nalewkę?
W każdym razie - czarny bez przyciągnął kolejne muszki :/
Sok wygląda tak

Z jabłek zrobiłam mus, do którego dodałam strączek wanilii.
Jabłkowe skórki i gniazda nasienne zainicjowały produkcję octu jabłkowego. Na razie nie wygląda to zbyt spektakularnie...

Z gruszek powstało cudeńko :)
Gruszki w zalewie miodowej. 
Ponieważ moje trofiejne gruszki były naprawdę malutkie ( niewiele większe niż orzech włoski), zostawiłam je w całości ( nawet z ogonkiem), tylko obrałam ze skórki, zagotowałam minutkę, wraz z sokiem z cytryny, żeby nie straciły tego cudownego kremowego koloru. No i zamiast octu winnego, użyłam jabłkowego- ponieważ akurat mam. Nie wiem, jakie są gruszki, ale zalewa jest wykurwista w kosmos :)
Już to widzę :) gruszki z tej marynaty oblane płynną czekoladą :) i to będzie właśnie dekoracja mojego piernika staropolskiego, który w tym roku będzie w formie tortu :)
Gruszki miały robaczki, więc częśc musiałam jednak pocwiartowac- z tego będzie krem do piernika :)
Takie są piękne :)
Zostało mi trochę zalewy, a gruszki już wyszły, więc pocwiartowałam małe jabłuszka i wymieszałam z gruszkami. Do jednego słoiczka dodałam papryczkę chili, bo coś mnie pokusiło :)





Oprócz tego zrobiłam jeszcze napój z jabłek, gruszek i mięty, ale to nic ciekawego, wiec już nie robiłam obrazka.

Zrobiłam jeszcze staroświecką konfiturę z zielonych pomidorów, co mnie nauczyła robic Kokliko.
Konfitura to nic strasznego, tylko nie warto się zawalac surowcem- warto robic w małych rzutach, na przykład po kilo, czy dwa owoców, czy też "owoców". Konfitura nie wymaga dużo pracy, raczej ( jak większośc dobrych rzeczy)- starania i czasu. Zielone pomidory należy obgotowac w celu ściągnięcia skórki- troszkę inaczej niż z dojrzałymi pomidorami, które wystarczy sparzyc. Zielone pomidory trzeba chwilkę gotowac, po czym zanurzac w lodowatej wodzie i ściągac skórke. W przepisie Kokliko było też, żeby wydrążac miąższ, ale ja już któryś sezon tego nie robię- luby mówił, że konfiturze jego babci można się było natknąc na pesteczki i na kawałek pomidora też. Dlatego teraz tylko pomidory pozbawiam skórki wykrawam gniazda nasienne i kroję na ósemki- a później już tylko przez 3 dni zagotowuję i się konfitura robi sama :). A jak już jest- to ją zamykam w słoiczku i też jest piękna :)

Wyobraxcie sobie, jak pachnie u mnie w domu...
Joagodowo- jabłkowo- gruszkowo- waniliowo :)


Wczoraj, dziś, może jutro...

Jeśli szczęście, to chwile, to właśnie jestem szcześliwa.
Nic się takiego nie wydarzyło.
Pojechaliśmy wczoraj z lubym do lasu, narwaliśmy czarnego bzu, potem pojechaliśmy na naszą skarpę, zaopiekowac się jabłkami, gruszkami.
Odebrałam wiewiórkom ostatnie jedenaście orzeszków laskowych i nie mam cienia wyrzutów sumienia ;)- one miały całe drzewo :)
Potem pojechałam do Rybnika zakupic bilety. Nawet bardzo nieuprzejma pani w informacji mnie nie zdołała wybic z poczucia szczęścia. Chciałam zakupic bilety już na całą trasę, ale ponieważ będę jechała różnymi pociągami, w dodatku nie wiem dokładnie, o której godzinie, to kupiłam tylko do Warszawy i powrotny. ( mam nadzieję o tej podróży i tych spotkaniach - napisac we właściwym czasie)

Wyspałam się w końcu i od rana urzędowałam w kuchni, próbując zdążyc przed gwałtownie rozmnażającymi się muszkami... robiłam sok z czarnego bzu, gruszki w zalewie, mus z jabłek z wanilią, dżem z zielonych pomidorów i sok z jabłek, gruszek i mięty ( zrobię dokumentację obazkową ( tak, tak :) ) i następna notka będzie o hodowli muszek owocówek ;), teraz tylko chciałam zatrzymac tę chwilę jasnego spojrzenia w przyszłośc, optymizmu i uczucia, jakbym piła różowego szampana ( pożyczyłam sobie to powiedzonko od Abss)

Wiem, że przyjdą czarne dni rozpaczy, zmartwień, kłopotów, pralki w brzuchu. Ale dziś jest dziś :)

Miłego dnia wszystkim :)

poniedziałek, 3 września 2012

Jak nie urok, to przemarsz wojsk radzieckich

Jakiś czas temu obiecałam sobie uroczyście, że nie będę się przejmowac pierdołami. Że nie dam se włączyc już w brzuchu pralki, bo to mój brzuch i chyba ja powinnam decydowac...
Zepsute auto, w ogóle jego brak, miliony pierdół, które siadają na głowie i gryzą, jak komary.
Miało przemijac wszystko...Na jedno przemijające siada znów cztery...

Ja to robicie?

Ohmmm, jestem kwiatem lotosu, ohmmm, na przezroczystej tafli jeziora...

Kurwa mac ://///////////////
Nie działa.

sobota, 1 września 2012

Coś mi sie przypomniało właśnie

Przypomniało mi się, że 2 lata temu zaczęłam pisac tego bloga i powinnam popełnic jakąs rocznicową notkę.
Może nie tyle powinnam, co chcę.
W zasadzie to ja jestem zwierz forumowy i tak sobie pisałam na różnych forach i różnej tematyce, bo też i zainteresowania mam rozległe.
Zanim zaczęłam pisac bloga to jedno forum mnie zmęczyło i przestałam na nim pisac. A drugie forum mnie rozczarowało. W zasadzie to nic strasznego rozczarowanie jest cześcią życia, tylko rzecz w tym, że to drugie forum mnie rozczarowało BARDZO. Tak bardzo, że mi blokowało leciutkie przecież do pisania paluchy...
A trudno ograniczyc aktywnośc netową do prasówki wiadomości i robienia przelewów.
I tak szukałam swojego miejsca w sieci i pomyślałam, ze moze blog, chociaż wcześniej nie za bardzo się odnajdywałam w tej formule. Zreszta nadal się nie za bardzo odnajduję, nie tyle w pisaniu, co w społeczności. Chyba jeszcze się nie nauczyłam komentowac. Nie umiem pisac " o, to miło", " ładnie wygląda", a poza tym- nie mam pojecia dlaczego, ale moje komentarze są często odbierane jako agresywne, a ja naprawdę nie wyprowadzam suki do wybiegania na bloggera ;)))
No i tak sobie otworzyłam bloggera, zalogowałam się, tytuł bloga mi przyszedł sam do głowy - bo to własnie tak jest. Jak mi się zachce - to piszę. Jak mi się odechciewa- to nie piszę. Wtedy jeszcze prowadziłam firmę, wiec wiedziałam, że z czasem może byc kiepsko, stąd już w tytule taka asekuracja- ze może byc nieregularnie...
Ponaciskałam sobie te różne guziczki, które tam są, wybrałam tło, a później mnie Iwona poprowadziła za rączkę.
No i tak sobie już piszę dwa latka, jak mi się zachce.
To dzięki temu, że widziałam, że na blogu kiepsko się gada ( a przynajmniej mnie nie za bardzo idzie), którejś nocy tak se siedziałam i pomyślałam, że założę forum ... Wpisałam w google "darmowe fora", wybrałam jedno i ... o mało nie odpadłam przy wpisywaniu nazwy :D Kilkanaście mi odrzuciło, aż nawet wpisałam "mam to w dupie" :D- ale też odrzuciło. W końcu nazwa "gadki o dupie maryni" została przyjęta.
No i tak siedziałam, siedziałam, siedziałam, gapiłam się w panel administracyjny i kompletnie nic nie rozumiałam... Najtrudniejszą rzeczą, jaką mi się udało zrobic, było przekazanie uprawnień admina Iwonie :)
I też za chwilę będą dwa lata... Jeju, ile emocji... Aż mi się oczy szklą, jak sobie przypomnę. Może, zeby nie zapomniec, powinnam o tym napisac, a może to jeszcze nie ten czas. Kiedyś tak się wściekłam, że wylew do oka miałam. Teraz już jestem spokojniejsza :)

Tradycyjnie nie upiekłam tortu blogowi ;) Upiekłam za to babkę

No i jeszcze kolejna rocznica dziś. Tez całkiem zapomniałam, teraz mi się przypomniało...
Zapomniałam o tym, ze dziś skończyło się 17 wspólnych lat z lubym...On też zapomniał chyba...
No cóż, on przynajmniej dostał babkę :)

Dzięki, że tu zaglądacie jeszcze :)

środa, 29 sierpnia 2012

Drugie życie rzeczy

Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ile potrzebujemy rzeczy... Ile wyrzucamy...
Moja babcia miała meble jeszcze po swoich rodzicach, niektóre z nich chciałam miec ja: np piękne drewniane krzesła, ze skórzanym obiciem. Pewnie bym je miała, gdyby mi "zaradny" lokator nie wyniósł ich, kiedy się cichaczem wyprowadzał.
Komplet wypoczynkowy moim rodzicom służy już 40 lat- kilkakrotnie miał zmienianą tapicerkę, mama nie chciała innego spania, bo na tym się jej dobrze spało. Piszę w czasie przeszłym, bo niedawno zarwało się i już się śpi źle.
Ile służyły sprzęty domowe "predom" ( mam też ze 30 letni mikser, który przeżył już kilka innych).
Kiedyś oglądałam taki program o nowych rzeczach... Specjalnie są projektowane tak, by po okresie gwarancji zepsuł się jakiś mały element, którego naprawa staje się nieopłacalna- więc się wyrzuca i kupuje nowe.
Ja zresztą też wyrzucam... Potrzebuję przestrzeni do życia, a zagracone powierzchnie mnie przygnębiają.
Może bym nie była aż taka zasadnicza w tym, gdyby nie to, że luby ma wręcz na odwrót- czasem mi się zdaje, że jemu wyrzucenie czegokolwiek sprawia fizyczny ból ;) O jego kolekcjach już pisałam, ale gromadzi też różne rupiecie. Przy czym robienie porządku, oraz utrzymywanie go najwyraźniej sprawia mu podobny ból, jak wyrzucanie. On potrafi zrobic straszny bałagan mając do dyspozycji wyłacznie puste pudełko po fajkach, parę skarpetek i szklankę.
Ale nie o tym chciałam.

Znalazłam niedawno taką stronkę. Bardzo mnie to zaciekawiło. Większośc pomysłów z niej nieco się kłóci z moim pojmowaniem estetyki, ale jest też kilka fajnych pomysłów. Szczególnie podobają mi się te z wykorzystaniem butelek- żyrandole, wazony, miseczki. A wieszak na kieliszki do wina ze starych grabi mnie wręcz zachwycił.
Tak patrzyłam na te zdjęcia i mi się przypominały różne altany, pracownie i warsztaty, które mieliśmy. Stoły to mieliśmy chyba już na wszystkim- na kartonach, na regałach, na nogach od maszyn, na dużych wazonach, regały ze skrzynek, siedziska z donic, opon... donice ze starych garnków.
Mam nadzieje, że tego, co zaraz napiszę, nie przeczyta żaden z moich klientów ;)
Jednym z powodów, dla których moje stroiki się tak podobały, było to, że były po prostu fajne :) Interesujące. Ten interesujący efekt udało nam uzyskac, dzięki temu, że ja trochę inaczej niż wszyscy patrzyłam na materiały. Dla mnie nie było czegoś, co by nie mogło służyc, jako ozdoba.
Z hurtowni z dywanami i wykładzinami odbieraliśmy rury, na które to było nawijane. Od klientki, której my robiliśmy wystawy i aranżacje, a oni z kolei robili meble ze skóry, dostaliśmy chyba busa ścinek różnych skór, w różnych kawałkach... Tymi ścinkami oklejaliśmy rury- powstawały bardzo interesujace dekoracje.
Bardzo fajne dekoracje powstawały na rurach naciapanych pianką montażową, potem malowanych. Takie ucięte tuby tekturowe, robiły nam też za produkcyjne wazony- miałam regał z europalety, w który powbijane były rury- w tym trzymałam susz egzotyczny i kwiaty, z których robiłam stroiki.
Robiliśmy nawilżacze z donic pomalowanych farbą imitującą granit...
Malowaliśmy kieliszki od środka - i to służyło jako podstawa.
Tata ze spaceru z psem przyniósł patyki rdestnicy- to taka inwazyjna roślina, którą bardzo fajnie się obrabia- można ciąc nozykiem do tapet, wiązac drucikiem w różne formy- my robilismy z tego koszyki- w foremkach po jogurcie, okładało się kształt, a do srodka wciskało piankę montażową- kształt się trzymał, wystarczyło tylko nakleic denko z tekturki i zwiazac drucikiem. Zbierałam kasztany na spacerze i robiłam z nich wianki na grób- naprawdę śliczne.
Kiedyś wzięłam do ręki kawałek metalowej siatki podtynkowej. Zobaczyłam, że idealnie się układa w rękach, jest bardzo plastyczna. Z tego robiliśmy kryzy do kompozycji, osłonki i całą masę innych rzeczy.
Na wielkanoc wykorzystywałam tekturowe pudełka do jajek i skorupki z jajek...
Wymienialiśmy materac, luby go rozpruł, bo chciał wydobyc włókno kokosowe, które w nim było - do ochrony roślin na zimę. Były w nim całkiem fajne sprężyny ;) te sprężyny zapoczątkowały całą serię stroików na Boże Narodzenie, walentynki i Wielkanoc ;) Służyły po prostu jako świecznik :)

O żyrandolu z plastikowych butelek i koronki już pisałam. Na cytowanej stronce zobaczyłam taki organizer na czasopisma z butelek. Zrobię sobie taki, tylko jeszcze butelki owinę ta samą koronką :)

Ale jeszcze jedna rzecz mnie natchnęła do napisania tej notki.
Mówi się, ze dzieci są rozpuszczone, że chcą bardzo drogie zabawki... Tak też jest. Ale ostatnio ulubioną zabawą mojej siostrzenicy jest układanie różnych rzeczy z ... nakrętek plastikowych. Moja mama je zbiera, bo za te nakrętki jakieś dziecko dostanie wózek inwalidzki. Jest w tym sens, bo ponoc bardzo drogie jest odkręcanie nakrętek od butelek pet w punktach skupu ( butelka inny surowiec, a nakrętka - inny)
Nakrętki są różnokolorowe i jest ich już dużo.
I niemal codziennie dziecko, niemal od razu jak przyjdzie do babci, to się pyta, co dziś będziemy budowac z zakrętek... Układamy bukiety, robimy domki, serca, autka i zwierzątka z kolorowych nakrętek.
Tak naprawdę to taki mały brzdąc zabawi się wszystkim. Nie ma niedostatecznie ekscytującej rzeczy, kiedy się poznaje świat. Oprócz zakrętek- lubi się też bawic kocimi puszkami i sznurkiem. Lubi robic węzełki, lubi układac różne rzeczy ze sznurka, lubi zbierac różne rzeczy ( patyki, kamyczki, szyszki) i układac z tego różne konstrukcje według jej tajemnego klucza :)
Co mnie jeszcze bardziej dziwi- jej starsza o 3 lata siostra, która już jest "zepsuta" modnymi zabawkami, jak przyjeżdża z przedszkola do babci- również chce się tak bawic- zakrętkami, kocimi puszkami, sznurkiem i patykami. Jest wręcz zazdrosna, że młoda miała taki fajny czas u babci, a ona musiała iśc do przedszkola...

Jestem ciekawa, czy takie przedmioty, którym zostało nadane nowe życie mają jakąś swoją energię. I jaka to jest energia? łatwo się zastanowic nad wyrzuceniem, kiedy trzyma się w ręku coś, co ma 100 lat, ale moze to samo zastanowienie może spowodowac butelka pet? Przecież może służyc za budulec domu :)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Zapachniało jesienią

Marznące wieczorem stopy przypominają, że kończy się lato, a zaczyna się jesień.
Jesień z pięknymi kolorami i łagodnym światłem, jak na starych fotografiach.

Temperatury zaczynają byc komfortowe, przynajmniej ja z radością żegnam upały.

Ze spacerów z małym Indiańcem przynosimy żołędzie i ustawiamy żołędziowe ludziki gdzie się da.

W maminym ogródku migdałek, który okazał się byc pigwowcem pięknie się już żółci. Ulubiona nalewka mojej mamy...
Winorośl zaczyna gubic dojrzałe owoce na wietrze. Tata robił wino. Wino było takie se.  Chyba tata próbował dopiero swoich sił w temacie, bo stoi przede mną szklaneczka z płynem o kolorze rozpuszczonych landrynek...
Teraz myślę, czy zostawic je sikorkom, czy zebrac i spróbowac też zrobic wino. W końcu kiedyś się nauczę. Czytałam, że te ciemne nasze ogrodowe winogrona potrzebują towarzystwa innych owoców...
Mam wielką chęc spróbowac. Będę potrzebowała rady w tej sprawie.

Z wielką przyjemnością robię zakupy na targowisku. To wszystko tak ładnie wygląda, kusi kolorami, błyskiem, kształtami.
Dokładam słoiczków do maminej kuchni. Chciałam wynieśc wieże ze słoików z leczo, ogórkami, pomidorami, kolorową papryką, ale mama mówi, że to tak pięknie wygląda, że cieszy oko, żeby zostawic.

A jeszcze tyyyle dobroci: papryki, pomidory, śliwki, gruszki, jarzębina...
Będzie jeszcze piękniej :)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Sama

Lubię być sama.
Lubię powyłączać wszystkie hałasujące urządzenia, zaświecić nastrojowe światełko i czytać, rozmyślać, pisać.
Lubię wstawać bardzo wcześnie rano i iść na przykład do sklepu. Ludzi mało, miasto śpi...

Niegroźna przypadłość, a jednak.
Czasem myślę, że taka skłonność staje się kolejnym pretekstem do zmieniania mnie. Tak jakby zagrożeniem miało być dla kogoś, ostrzeżeniem, że się nie podporządkuję, sygnałem czegoś niepokojącego.

Zawsze tak było, chyba już taka moja uroda. Lubiłam noce, bo wtedy mogłam sobie czytac i nikt do mnie nie mówił, jak to bywało w dzień.
Lubiłam zamykac się w łazience na długi czas. Mój tata mówił, że nie ma to jak w łazience ;)- jest ciepło, cicho i jest się w towarzystwie kogoś inteligentnego...

Jestem bardzo towarzyska, ale potrzebuję tez przestrzeni wyłącznie dla siebie. I bardzo bym chciała, by ta przestrzeń była szanowana. Nie chcę byc niegrzeczna, ani opryskliwa, ale ciągłe domaganie się ode mnie hałaśliwej obecności mnie męczy, a jak za dużo tego- to denerwuje. Nie interesuje mnie komentowanie strojów przechodzących osób, nie interesuje mnie piętnowanie i omawianie ich małych gaf...Lubię rozmawiac bardzo, lubię się wymieniac poglądami, ale nie lubię oczekiwania, że stanę na rzęsach i zabawię kogoś, kto się nudzi i w wyciągnę z kapelusza ciekawy temat do rozmowy. Ja się mało kiedy nudzę, a jak już tak jest- to sobie znajduję coś do zabawienia siebie.
A często mam wrażenie, że ktoś oczekuje ode mnie, że wejdę pod stół i zacznę szczekac, albo striptiz zrobię, żeby kogoś zabawic i uwolnic od udręki wolnego czasu.

Bardzo dużo mówię, potrafię zamęczyc gadaniem, ale też bardzo często milczę, bo nie interesuje mnie kłapanie dziobem o byle czym.
Mam małe kuku na punkcie obrony tych granic.

Taka wieczorna obserwacja... po dniu, w którym "uciekłam" do kuchni, żeby nie musiec odpowiadac na różne pytania, ani nie czuc brzemienia, tego, ze milczę.
Nie, nie jestem zła o coś.
Nie, nie wstałam lewą nogą.
Nie, nic mnie nie boli.
Nie, nie przeszkadza mi deszcz.
Nie, nic mi nie zrobiłaś/łeś.

środa, 22 sierpnia 2012

Logistyka i zakupy ( cd)

Kiedy pisałam o pewnym stylu życia, miałam głównie na myśli kilka kółeczek, które się zazębiają.
Jednym z takich kółeczek są zakupy, bo bardzo wiele od tego zależy.

Warto miec plan, ale żeby miec plan, trzeba miec też pojęcie o własnych potrzebach. Warto je zdefiniowac.
Już nie wiem, skąd się wzięła moja dyscyplina zakupowa- może chciałam się przypochlebic "teściowej"? ( teraz mi to bardzo pachnie absurdem, ale pewnie kiedyś tak było)... U niej było " mało wydawac", lubiła "udowadniac", że jestem beznadziejna, że mam dwie lewe ręce, nie umiem nic ( bo jak dziewcznka prosto po liceum moze coś umiec, coś wiedziec o życiu? jak można iśc na studia, a prócz tego jeszcze coś umiec?), oprócz wydawania...
Lubiła wszystko krytykowac- np pizzę, która z racji ciasta silnie jajecznego sieje cholesterolowe spustoszenie w naczyniach krwionośnych jej synka ( bez komentarza), lubiła udowadniac, ze za dużo wydaję, lubiła mnie "uczyc" "zdrowej polskiej kuchni"...A im ja byłam lepsza, tym ona była bardziej krytyczna. Jak kisiłam ( tak jak moja mama, a wcześniej babcia) buraki na barszcz, to ona starała się wyszukac w czym buraki sa szkodliwe, bo dla niej zdrowy barszcz to buraki + koncentrat... zresztą wszystko było szkodliwe... a jak nie szkodliwe- to bardzo drogie, pańskie, ponad stan. Albo niesmaczne :)
Zaczęłam pisac, co kupuję.
Pogubiłam się w chaosie, bo samo zapisywanie nic mi nie dawało.
Więc domowe wydatki podzieliłam na tabelki- tyle na warzywa, tyle na mięcho, tyle na przetwory...
Wszystko było źle...
Ale nawyk zapisywania mi został.
Po jakimś czasie, zebrałam się żeby przeanalizowac te wydatki ( ciągle wydawałam za dużo, zdaniem teściowej), chciałam znaleźc jakąs dziurę, którą  mi uciekają pieniądze ( cały czas myślałam, ze wydaję za dużo) - i w sumie znalazłam- analizując moje tabelki wyszło mi, że bywa, że coś kupuję a nie wykorzystuję, oraz (nieproporcjonalnie) duże miesięcznie kwoty na przetworzoną żywnośc ( w tej grupie były torebki z sosami, słoiczki z warzywami, i spory dział z "przyprawami"- bo przeciez cokolwiek bym nie zrobiła, to było niedobre). Niejako "przy okazji" zauważyłam, że codzienne zakupy nie tylko zabierają czas, ale również sprawiają, że kupuje się więcej, dużo więcej niż jesteśmy w stanie zużyc, dużo więcej, niż potrzebujemy.
Codzienne robienie zakupów sprawia, ze ulega się zachciankom, bardzo krótkotrwałym w czasie... Tak krótkotrwałym, że zaraz po wyjściu ze sklepu okazuje się, że to właściwie nie jest to, na co się miało ochotę.
Więc zaczęłam robic zakupy z kartką i nie codziennie. Zaczęłam wykorzystywac zasoby lodówki, oraz wykorzystywac zamrażalnik.
Mój luby ma takie kuku, że boi się, że będzie głodny ( to pozostałośc po doświadczeniu prawdziwego głodu- czyli takiego, że dziś czujesz głód, ale też wiesz, że jutro się nic nie zmieni- też go poczujesz, wraz z bezradnością, że może umrzesz), przeraża go widok pustej lodówki, doprowadza do bardzo mocnych stanów lękowych, musi widziec choc wysuszoną piętkę chleba ( bo jak jest chleb, to nie ma głodu- chocby miał byc suchy) i na nic argumenty "rozumowe", że przecież jest coś innego.

Zdefiniowanie potrzeb pomaga zaplanowac zakupy i pomaga na " zachcianki".
Jak się kupi jak najmniej przetworzone rzeczy, to można zrobic z tego wszystko, jak się kupi na przykład sos boloński- to trzeba jeśc w jakimś określonym czasie coś, do czego "sos boloński" pasuje...  A to tylko przykład.

Planowanie bardzo mi się przydawało, kiedy miałam 200 zł na miesiąc na jedzenie. 200 zł na miesiąc oznacza kupowanie ciągle tych samych rzeczy, ale nie oznacza jedzenie ciągle tego samego- o ile się nie kupuje przetworzonej żywności. Oznacza kupowanie mleka, mąki, jajek, marchewki, łopatki wieprzowej, oznacza jedzenie warzyw zamiast mięcha. Oznacza robienie pysznych past do chleba zamiast najtańszej mielonki, oznacza pieczenie chleba, robienie placków z ziemniaków, robienie placków z jabłek... Z bardzo wielu rzeczy trzeba zrezygnowac, ale najeśc można się do syta i jeszcze podzielic się posiłkiem.

W jakimś komentarzu pisałam, jak wyprawiłam przyjęcie, wydając 6 zł ( oraz mając słoiczki i rytualne co tygodniowe zakupy- mąkę, jajka, warzywa i przyprawy, oraz coś na śniadanie)
Za owe 6 zł kupiłam czekoladę, boczek i jeszcze coś, czego w tej chwili nie pamiętam...
Przyjecie składało się z babeczek z kruchego ciasta, które napełniłam nadzieniem z twarożku, boczku i zielonego marynowanego pieprzu- z czego wyszedł pyszny krem, który bardzo fajnie tez wyglądał), oraz jakieś drugie ( też na bazie twarożku), marynat ze słoiczków i tego co zazwyczaj mam w lodówce- pewnie zrobiłam jajka faszerowane ( nie wiem, czemu, ale wszyscy lubią. Naród po prostu pcha się do jajek ;) i jakąs sałatkę.
Na deser były babeczki napełnione budyniem ( budyń, a właściwie kisiel mleczny, w wersji skromnej robi się z mleka i mąki ziemniacznej, oraz dodatków owocowych ze słoiczków), oraz tort na spodzie z pierniczków, które upiekłam na choinkę- do ozdoby, ale jakoś nie znalazły amatorów do jedzenia, więc je zmieliłam w młynku i czekolady, którą kupiłam, masę stanowił jogurt o smaku kawy, wymieszany z kawą w formie galaretki ( pokrojoną na kosteczki) i kakao w formie galaretki ( tez kosteczki) a dekoracja była z kosteczek kawowo- kakaowych i potartej czekolady.
Na alkohol nie straczyło....ale goście wyszli zaopatrzeni w słoiczki, przejedzeni i zadowoleni.
Jestem w stanie wymyślic menu dla 20 osób za 100 zł- było o tym na gadkowym forum.
Był upieczony chleb, domowy smalec, pasztet z selera, żurek na domowym zakwasie, domowe grzybki i ogórki, oraz kilka deserów, na bazie domowych słoiczków. Na alkohol nie starczyło, ale napoje przynieśli goście.
Z recenzji przyjęcia wiem, że nikt nie wyszedł niezadowolony, albo głodny, a jeszcze jedzenia zostało.

Taka obserwacja potrzeb i stosowanie zdrowego rozsądku, przy tylko jednym założeniu, ze NIC SIĘ NIE WYRZUCI, oraz na planowanie na dośc krótki czas, sprawia, ze jedzenia zawsze trochę zostaje... Nie są to jakieś wielkie ilości, ale zawsze coś- wtedy w listę planowanych zakupów wkrada się mały zapas, zamiast łopatki, z której miał byc gulasz, albo rolady, albo gyros, a na obiad były placki, bo na nie był akurat apetyt, albo naleśniki z dzemem ze słoiczka- można kupic coś innego, na co budżet w podstawowej wersji nie pozwalał... fajną przyprawę, super olej, czy coś innego- co spowoduje, że nastepnym razem kuchnia będzie jeszcze fajniejsza, jeszcze ciekawsza, a wyzwania coraz bardziej śmiałe.

Nie kupuje niepotrzebnych rzeczy. Mam na ścianie w kuchni tablice, z rolką z kasy fiskalnej- zanim wytrzepię ostatnie szczypty majeranku ze słoiczka- mam juz majeranek na liście do kupienia, wiem na ile starcza pasta do zębów i szampon- kupuję zanim się skończą, wiem ile zużywam tygodniowo mąki, mleka, masła, ile potrzebuję porcji obiadowych, wiem kiedy potrzebuję kupic kawę i herbatę, nie staję bezradna na ataki "młockarni", bo umiem nawet  na szybko zrobic deser, czy prosty poczęstunek.

Jak już kilka razy pisałam- to wymaga wyłącznie myślenia i przewidywania. Że jutro też bedzie sie jadło obiad, że właśnie to jutro też istnieje, że ma się tylko jeden żołądek, który nie pomieści całego hipermarketu na raz, że to absurd, żeby przekładac swój status społeczny na wypakowany wózek, a głupota, by ten wypakowany w markecie wózek, po przeładowaniu do domu, przeładowac za kilka dni ponownie do śmietnika.

Tak naprawdę to jest proste: zrób sobie listę i używaj rozumu. Nie kupuj 4 kostek masła, jeśli potrzebujesz 2, nawet jeśli jedną z nich dostaniesz " za darmo"- tę drugą, już zapłaconą najprawdopodobniej wyrzucisz, wraz z ta darmową- to jaka to oszczędnośc? Sami wiemy najlepiej, co nam jest potrzebne, więc zupełnie nie warto tracic czasu na wysłuchiwanie, jak ktoś chce zaoszczędzic nasze pieniądze, bo ma ciekawą ofertę specjalnie dla nas.



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Umami, a kwestia przecieru ;)

To nie zaczepka, tylko uzupełnienie komenatrzy, które wstawiałam w ciągu ostatnich kilku dni, na zaprzyjaźnionych blogach - U Anovi , Raphaela i Riannon

Umami w skrócie określa wrażenie pełni smaku, nie jest  to właściwie inny smak, niż 4 znane podstawowe, tylko określenie właśnie doskonałej harmonii na języku.

O tym, co z nami robi umami można poczytac w tym artykule ( początkowo miałam zamiar się samodzielnie produkowac, ale z racji upału się zlasowałam i zwyczajnie rosół, który mam zamiast mózgu, mi zawrzał) i jeszcze w tym.
To wyjaśnia również, dlaczego dodaję przecier pomidorowy  lub suszone pomidory ( lub i jedno, i drugie) do sosu pomidorowego, czy też wielu innych. Właśnie po to, by uzyskac głębię smaku za pomocą naturalnych składników, a nie za pomocą E621. Próbowałam nazwac to własnymi słowami, ale wyszło mi tylko, że smak jest BARDZIEJ :)- co jest najprawdziwszą prawdą, ale możliwe, że nie tłumaczy dokładnie tego, co miałam na myśli.

Skoro już jestem przy suszonych pomidorach, to melduję, że w sobotę wysuszyłam w maminym piekarniku 2 kilo mięsistych pomidorów, odmiany lima. Wyszły mi 4 małe słoiczki, co dowodzi, że jeszcze przynajmniej 20 kilo powinnam wysuszyc, ponieważ tych suszonych w sobotę już prawie nie ma. Zazwyczaj suszyłam w suszarce do warzyw, ale te suszone w piekarniku zdecydowanie je przewyższają.
Bardzo polecam ten przepis. Od kilku lat suszę pomidory, w moim piekarniku ( nietrudno się domyslic, że lipa, bo za wysoka temperatura), w suszarce, dodaję różne rzeczy- świeże zioła, suszone, w różnych kombinacjach, ale z czystym sumieniem mogę powiedziec, że tak pyszne to mi jeszcze nie wyszły. Przeczytałam jeszcze komentarze pod notką i dodałam odrobinę cukru ( tyle, ile się mieści w trzech palcach) do już wysuszonych pomidorów, przed zalaniem olejem. I jeszcze odnośnie oleju- zawsze do takich różnych sloiczków, w których bazą jest olej staram się używac lepszych, niż do smażenia placków- oliwy z oliwek, albo oleju rzepakowego virgin, ale mama akurat nie miała nic z takich rzeczy, więc użyłam najzwyklejszego, najtańszego oleju. Nie zepsuł on pysznego smaku suszonych pomidorów.
Jutro kupię znów dwa kilo ( tyle mieści mi się na dwie blachy do piekarnika), ale spróbuję jeszcze inaczej- zamiast się lasowac, narzekac na upał, spróbuję wykorzystac słońce do podsuszenia pomidorów, a tylko dosuszę je w piekarniku. No i spróbuję dodac odrobinę cynamonu, zamiast cukru.

Jeśli chcesz sobie zrobic dobrze, zrób sobie suszone pomidory :)

niedziela, 19 sierpnia 2012

Jak w praktyce to robic?

Temat eliminowania chemii jest trudny z kilku względów.
Po pierwsze: brak świadomości ( o czym już było). Brak świadomości wynika  z kilku rzeczy, na przykład braku wiedzy, braku rzetelnej informacji. Producent wędliny, który zastosował kilka sprytnych sztuczek, zeby powiększyc objętośc, tak łatwo nie będzie chlapał ozorem, co tam dał. Wszystkie środki "E" przeciez są bezpieczne- tak jest napisane na oficjalnych stronach odpowiednich organów. Przecież nikt Ci nie powie, że można oślepnośc od tam czegoś. Glutaminian sodu w polskiej wikipedii może byc winnym co najwyżej "syndromowi chińskiej restauracji", ale już wikipedie w innych językach podają inne możliwości: np taką, że może on byc winien epilepsji, albo chorobie parkinsona.
Były przeprowadzane badania na temat związku chorób serca ze stosowaniem margaryny. Nie są też jakoś specjalnie rozgłaszane.

A z drugiej strony teorie spiskowe ( dośc popularne filmiki na YouTube), które brzmią trochę niepoważnie, jak teorie Danikena, które to filmiki w swym przekazie oddziałują na emocje, co budzi uzasadnione skojarzenia z jakąś próbą indoktrynacji. Próby oszukiwania ludzi, doświadczonych ciężką chorobą, szukających nadziei gdzie się tylko da... Co gorsza skuteczne niekiedy próby, które skutkują tym, że ludzie rezygnują z leczenia, wierząc w ... czary chyba są najlepszym określeniem na to, że witaminą c, soczkami i warzywami, albo wpychaniem ziarenek cieciorki w rany, można wyleczyc raka. Oszustwa w obrocie żywnością " ekologiczną", wykorzystywanie mody, by coś mało wartościowego sprzedac za ciężkie pieniądze.
Komu wierzyc?

Z jeszcze innej strony- świadomośc budzi tez pesymizm, że się nie da, a w najlepszym razie jest to kosmicznie trudne, wymaga wielkich starań i jest strasznie meczące. A to nieprawda. Tak właściwie wymaga tylko myślenia i przewidywania.
Zasadniczą trudnością jest to, że jeśli chce się upiec chleb, to trzeba o tym pomyślec 24 godziny wcześniej.
Nikt mi nie powie, że wsypanie mąki i wymieszanie jej z wodą i drożdżami jest tak strasznie trudne i meczące. Nawet 3- latek dałby radę.
Nikt mi nie powie, że wsypanie mąki, albo płatków zbożowych do garnka i zalanie jej ciepłą wodą jest niesłychanie trudnym zadaniem, i zajmuje tak strasznie dużo czasu, że człowiek sterany 8- godzinną pracą, zwyczajnie nie da rady. Płatki tez nie wyglądają jakoś groźnie, zeby trzeba się było ich bac. Nie jest to równiez jakaś kolosalna inwestycja, nawet gdyby się okazało, że nie wyszło, czy nie smakuje. Trudnością może byc jedynie to, że jeśli chce się zjeśc żurek, to trzeba pomyślec o tym 4 dni wcześniej, by dac czas naturze, by zadziałała i przemieniła zboże z wodą w żurkowy zakwas, albo buraki z czosnkiem w zakwas buraczany...
Nikt mi nie powie, że podgrzanie mleka, oraz wlanie go do termosu wraz z jogurtem żywymi kulturami bakterii, jest również aż tak trudnym zadaniem. Oczywiście nie ze wszystkim tak jest. Są rzeczy wymagające i trudu i czasu.
Więc może warto zacząc od takich naprawdę prostych rzeczy, kompletnie niemęczących, by uwierzyc we własne siły, a potem wykorzystac zdrowy sceptycyzm, by porównac własne siły z zamiarami?

Kolejny odruch "obronny" ;) zaczyna się od  "nie": " nie umiem" ( chodzic tez kiedyś nie umiałaś/ łeś), "nie mam czasu, mam dzieci, męża, psa, kredyt do spłacenia, pracę" ( twoja doba ma tyle samo godzin, co doba Leonardo da Vinci), " nie mam pieniedzy" ( a na bezmyślne wyrzucanie, na kupowanie czegoś, co jest warte kilka groszy, za cięzkie złotówki, to masz?), "nie opłaca się samemu gotowac, gaz jest drogi" ( a kupowanie róznych suplementów, na trawienie, na cerę, na włosy, na odchudzanie- opłaca się? ), "nie chce mi się studiowac etykietek na produktach" ( mnie też nie ;) dlatego nie studiuję, makaron, to tylko żółtka i mąka- jeśli jest coś więcej tam napisane, to nie czytam dalej, tak ze wszystkim) "nie mam odpowiedniego, drogiego sprzętu ( jogurtownicy, thermomiksa, odpowiedniego pieca)"- tylko jeśli nie masz rąk, możesz tak powiedziec, Moni na przykład gotuje bez kuchni i piecze bez piekarnika ;)...

Jeśli chcesz, znajdziesz sposób, jeśli nie chcesz - znajdziesz powód.

Dlaczego ja chcę? Co z tego mam?
Patrzę pod kątem korzyści dla siebie, przecież też jestem leniwa. No i potrzebuję czasu na czytanie, pisanie, internet, spotkania, seks, wycieczki na rowerze, długie kąpiele, szycie, malowanie, inne zainteresowania...
Dla mnie korzyścią jest znalezienie smaku dzieciństwa... korzyścią jest także przygotowanie posiłku dla nas- który luby by chwalił, po którym będzie miał dobry cukier, po którym nie będzie łaził po ścianach z powodu bólu żołądka...
Na szczęście- mnie ( oraz lubego) nikt nie pasł przetworzonymi produktami- nie mamy alergii. Na szczęście nasze wątroby jeszcze funkcjonują na tyle, że nie ma na liście podstawowych produktów, takich, które byłyby wykluczone...
Zalecana dla nas jest OGÓLNA zdrowa dieta, taka jak dla wszystkich zdrowych osób- ograniczenie tłuszczy zwierzęcych i węglowodanów. To nie oznacza jakichś wielkich wyrzeczeń, ani ciągłego przypominania, że MUSIMY SIĘ ZDROWO ODŻYWIAC- bo wcale nie musimy, tylko chcemy ( mieć prawidłowy cukier, dobre ciśnienie, ładną i pachnącą skórę), jak mamy chęć na smażony boczek- to jemy- ale nie na każdy posiłek, tylko raz na kilka tygodni. Jemy słodycze, ziemniaki, chleb...
Korzyści dla nas: tanio, wiemy co jemy, wiemy co nam służy, kupujemy tyle, ile wykorzystamy- szanując własne portfele, nie kupujemy na tackach, w opakowaniach, więc nie produkujemy aż tylu śmieci ( kiedyś rozpakowanie zakupów dawało pełen kosz na śmieci, bo lądowały tam kartoniki, pudełka, tacki)
Już nie mówiąc o naprawdę dobrym jedzeniu :)