Kiedyś myślałam, że wszelakiej maści łańcuszki są jakieś takie ideowo ubogie...
Oświadczam, że zmieniłam zdanie ;)
Łańcuszki, nawet jeśli są ubogie, to i tak fajne :)
No, to przyłączam się.
Czego o mnie jeszcze nie wiecie? Hmm, bloga pisze coś 4 miesiące, więc materiałów nie nazbierało się za wiele, ale od co najmniej pięciu lat aktywnie uczestniczę w różnych forach, jeśli jeszcze czegoś nie napisałam, to to cud jest i nic innego :)
To może choć te nieznane szczegóły uporządkuję...
- Jestem ekshibicjonistka emocjonalna. Bardzo lubię pisać. Myśli układają mi się wprost w palcach- wystarczy tylko parę razy stuknąć i już. Dzięki pisaniu świat staje się bardziej uporządkowany. Do tego pisania często potrzeba mi widowni.
- Przerażają mnie rojące się mrówki. Tak jakoś na początku lata, mrówkom ( może niektórym mrówkom) wyrastają skrzydła i wyłazi takie cóś z pomiędzy płytek chodnikowych. W tym czasie staram się nie wychodzić z domu, albo chodzić po trawie, jeśli już koniecznie muszę wyjść.
- Dla relaksu lepię pierogi, albo prasuję. Nie wiem, czy to jakiś wstydliwy szczegół, ale zauważyłam, że ludzie dla relaksu to idą do baru ( ja nie znoszę), oglądają komedie, albo uprawiają seks. A ja lubię lepić pierogi :) Tak, jak w czasie pisania układam wtedy plany jak ocalić świat, albo inne. Jeść pierogi- już mniej.
- Uwielbiam dotykać i wąchać warzywa i owoce- stąd to zahaczające o patologię słoiczkowanie. Może nie o patologię, ale racjonalne to zbytnio nie jest. We dwójkę nie mamy takich mocy przerobowych, żeby te słoiczki do następnego sezonu przetwórczego wykorzystać, wiec je rozdaję.
- Śmieszy mnie bardzo film "Testosteron". Używam go w celu zaśnięcia. A mimo wszystko mnie śmieszy, jeśli się tak złoży, ze nie zasypiam w momencie kiedy Borys Szyc mówi: "a leż sobie... " No i podoba mi się Tomasz Karolak :) Nie rozumiem zupełnie, czemu tak wiele osób twierdzi, że on jest brzydal.
- Noszę kolorowe kiczowate skarpetki. W dodatku nosze je do "służbowego" stroju. Czasem czuję się jak, wtedy, kiedy chodziłam na haby ( nie wiem, jak to się pisze- słownik poprawia mi obie formy. Dla niewtajemniczonych: haby to taka wysoce naganna działalność zagrabiania owoców, czy też innych płodów z ogrodu sąsiada. Tej naprawdę demoralizującej czynności należy dokonywać wieczorową porą, zanim sąsiad spuści psy. Wykonuje się ją prawdopodobnie dla poczucia skoku adrenaliny- ale to ostatnie jest wyłącznie moim przypuszczeniem) No i te niedopasowane do reszty stroju skarpetki, wprawiają mnie w podobny nastrój, a świadomość, ze kiedy zegnę kolano skarpetki będą wesoło łypać, sprawia, że czuje się jak kot, który właśnie zeżarł śmietankę i z beztroską miną udaje, ze to nie on.
- Mięknie mi wszystko, co może zmięknąć, kiedy luby wydmuchuje mi powietrze między palec wskazujący a środkowy.
- Na większości imprez, czy tez przyjęć, na które chodzę, zjadam wszystkie dekoracje półmisków wykonane z pomidorów i sałaty. Krążę z talerzykiem i wybieram dekoracje, całkowicie ignorując resztę. Jeśli tak się składa, że pomidory stanowią danie zasadnicze na talerzu- darzę je mniejszym zainteresowaniem.
- Panicznie boję się prądu. Jeszcze niedawno nie używałam suszarki, ponieważ trzeba ją włączyć do prądu.
Na tym chyba zakończę, choć tak naprawdę w tym stripteasie zdjęłam dopiero rękawiczkę ;)
Nie za bardzo się orientuję, kto już przyłączył się do zabawy, ani kto sobie łańcuszków nie życzy, bo poprzez budyń i sieczkę w głowie jakoś sobie te moje zachcenia blogowe odpuściłam, ale mam nadzieję, że nikogo nie obrażę, jeśli poproszę o przyłączenie się do zabawy Anovi i Miaukę
niedziela, 23 stycznia 2011
sobota, 15 stycznia 2011
Szczecin pełen przygód :)
Może głupio przyznawać się do takiego banału, ale zima mnie dołuje. Jakoś by tę wiosnę trza było zacząć czarować...
Od tego narzekania zewsząd ( a to na pogodę, zimę, brak pieniędzy, brak energii, rząd, drożyznę i inne) dupa się zaczyna marszczyć...
Tak swoja droga ;) fajnie się jest zakochać w styczniu :) przynajmniej jakąś porcje endorfin się organizmowi dostarczy i to inną niż czekolada ;)
Ja się nastawiłam na marzenia, co będzie jak już w końcu wszystko się zazieleni i poczułam tęsknotę za letnim cygańskim życiem...Za dalekimi wyjazdami, szukaniem noclegu przez 3 godziny, szybkim tempem życia, od którego naprawdę nieźle się można zafyrlać: bo to tak pięć nieznanych miast jednego dnia, nowych miejsc, szukania, za pierwszym rondem w prawo a za figurką w lewo, potem znów w lewo i znów w lewo. Nowych hoteli, nowych znajomych...Ludzi, którzy mają niezwykłe marzenia lub ciekawe pasje...Fotografowania wież ciśnień w nowych miejscach... Staranie się wnikać w rytm miasta. Obcego miasta, które jednak ma swój logiczny porządek, które można zrozumieć, przy odrobinie dobrej woli.
Miastem, które z tego mojego zrozumienia się wymyka jest Szczecin.
Z jednej strony nowoczesne, szybkie, tętniące życiem, energią, a z drugiej strony- bardzo zielone, pełne zacisznych zakamarów, sielskie wręcz, przytulne. Urocze w okolicach jeziora, i bardzo brzydkie w okolicy stoczni.
Fascynuje mnie.
Jeździmy do Szczecina już z 8 lat.
Za pierwszym razem- szok i kompletna dezorientacja. Luby bardzo zdenerwowany pytał bez przerwy- gdzie mam jechać, gdzie mam jechać- a skąd ja miałam wiedzieć, lżył mnie mianem pilota doskonałego.
Na jednych ze świateł, kiedy tylko trza było się zatrzymać, chwyciłam torebkę ( z dokumentami, pieniędzmi i kartami płatniczymi) i wyskoczyłam z auta z zamiarem wracania do domu pociągiem. Ale zmieniłam zdanie, hi.
Udało nam się znaleźć fajny hotel i jakoś połknęliśmy tę żabę.
Do tego hotelu jeździmy co roku i co roku błądzimy jeżdżąc w kółko po pobliskim rondzie...
W ubiegłym roku Szczecin dał nam równie mocno popalić.
Począwszy od tego, że kiedy przegapiliśmy stację benzynową przed wjazdem na obwodnicę- potem przez jakieś 30 km żadnej nie było.
Brakło nam paliwa prawie przed samym zjazdem do miasta.
Znalazł się jakiś miły człowiek, który na stację benzynową zaciągnął nas na sznurku. Autko dostało paliwo, za paliwo zapłaciłam kartą, ale jeszcze mi się przypomniało, że potrzebuję doładowanie do internetu, no i potrzebuję drobniejsze banknoty. Za doładowanie zapłaciłam gotówką. Jeszcze dopytałam kasjerkę o drogę i poszłam do auta. Pojechaliśmy do klienta, wkładałam pieniądze do portfela, patrzę i jakoś ich mi się mało wydało. Oświeciło mnie, że chyba nie wzięłam reszty. No, ale jak tu wrócić, jak to stacja przy autostradzie, same prawoskręty. Obce skomplikowane miasto. Może jakby to była mniejsza kwota, to bym machnęła ręką.
Mówię do lubego, ze wracać przez miasto do poprzedniego zjazdu, żeby się włączyć znów do tego samego pasa, to absurd, szkoda czasu i paliwa. I żeby podjechać, ile się da, a resztę pójdę na butach. Tam, gdzie dało się zatrzymać auto to wydawało mi się, że to blisko, tylko przez łąkę trzeba przejść.
Tylko, ze jak w te chaszcze weszłam i podeszłam bliżej, to się okazało, że cała stacja jest okolona płotem...
No i tak szłam wzdłuż płotu- z dwa kilometry na pewno. Zziajana, z trawą we włosach, powykręcanymi na wertepach kostkami, ubłoconymi bucikami w końcu na tę stację doszłam, cały czas się zastanawiając, co mnie strzeli, jak się okaże na stacji, że jednak resztę wzięłam, tylko zgubiłam w jakimś innym miejscu.
Bardzo dobre wejście miałam ;) Takiego zaskoczenia malującego się na twarzy już dawno nie widziałam :)
" a skąd to pani idzie??? ", to mówię- chyba nie wzięłam reszty, a to mi się wydawało blisko, to szłam wzdłuż płotu" Kasjerka - " no, koledze się właśnie wydawało, że nie wydałam, ale sprawdziliśmy zapis z kamery i nie jest on jednoznaczny, a kasy jeszcze nie zdążyłam policzyć"
Policzyła kasę, jednak się okazało, ze nie wydała, przeprosiła, no ale ja musiałam jeszcze wrócić...tą sama drogą.
Wróciłam jakoś, wypiłam dwie butelki wody. Tego wieczoru bardzo szybko zasnęłam...
Już nie mogę się doczekać tegorocznego wyjazdu do Szczecina i tego, ze może w końcu w tym roku uda się wypić to wino ze Smakosią...
Od tego narzekania zewsząd ( a to na pogodę, zimę, brak pieniędzy, brak energii, rząd, drożyznę i inne) dupa się zaczyna marszczyć...
Tak swoja droga ;) fajnie się jest zakochać w styczniu :) przynajmniej jakąś porcje endorfin się organizmowi dostarczy i to inną niż czekolada ;)
Ja się nastawiłam na marzenia, co będzie jak już w końcu wszystko się zazieleni i poczułam tęsknotę za letnim cygańskim życiem...Za dalekimi wyjazdami, szukaniem noclegu przez 3 godziny, szybkim tempem życia, od którego naprawdę nieźle się można zafyrlać: bo to tak pięć nieznanych miast jednego dnia, nowych miejsc, szukania, za pierwszym rondem w prawo a za figurką w lewo, potem znów w lewo i znów w lewo. Nowych hoteli, nowych znajomych...Ludzi, którzy mają niezwykłe marzenia lub ciekawe pasje...Fotografowania wież ciśnień w nowych miejscach... Staranie się wnikać w rytm miasta. Obcego miasta, które jednak ma swój logiczny porządek, które można zrozumieć, przy odrobinie dobrej woli.
Miastem, które z tego mojego zrozumienia się wymyka jest Szczecin.
Z jednej strony nowoczesne, szybkie, tętniące życiem, energią, a z drugiej strony- bardzo zielone, pełne zacisznych zakamarów, sielskie wręcz, przytulne. Urocze w okolicach jeziora, i bardzo brzydkie w okolicy stoczni.
Fascynuje mnie.
Jeździmy do Szczecina już z 8 lat.
Za pierwszym razem- szok i kompletna dezorientacja. Luby bardzo zdenerwowany pytał bez przerwy- gdzie mam jechać, gdzie mam jechać- a skąd ja miałam wiedzieć, lżył mnie mianem pilota doskonałego.
Na jednych ze świateł, kiedy tylko trza było się zatrzymać, chwyciłam torebkę ( z dokumentami, pieniędzmi i kartami płatniczymi) i wyskoczyłam z auta z zamiarem wracania do domu pociągiem. Ale zmieniłam zdanie, hi.
Udało nam się znaleźć fajny hotel i jakoś połknęliśmy tę żabę.
Do tego hotelu jeździmy co roku i co roku błądzimy jeżdżąc w kółko po pobliskim rondzie...
W ubiegłym roku Szczecin dał nam równie mocno popalić.
Począwszy od tego, że kiedy przegapiliśmy stację benzynową przed wjazdem na obwodnicę- potem przez jakieś 30 km żadnej nie było.
Brakło nam paliwa prawie przed samym zjazdem do miasta.
Znalazł się jakiś miły człowiek, który na stację benzynową zaciągnął nas na sznurku. Autko dostało paliwo, za paliwo zapłaciłam kartą, ale jeszcze mi się przypomniało, że potrzebuję doładowanie do internetu, no i potrzebuję drobniejsze banknoty. Za doładowanie zapłaciłam gotówką. Jeszcze dopytałam kasjerkę o drogę i poszłam do auta. Pojechaliśmy do klienta, wkładałam pieniądze do portfela, patrzę i jakoś ich mi się mało wydało. Oświeciło mnie, że chyba nie wzięłam reszty. No, ale jak tu wrócić, jak to stacja przy autostradzie, same prawoskręty. Obce skomplikowane miasto. Może jakby to była mniejsza kwota, to bym machnęła ręką.
Mówię do lubego, ze wracać przez miasto do poprzedniego zjazdu, żeby się włączyć znów do tego samego pasa, to absurd, szkoda czasu i paliwa. I żeby podjechać, ile się da, a resztę pójdę na butach. Tam, gdzie dało się zatrzymać auto to wydawało mi się, że to blisko, tylko przez łąkę trzeba przejść.
Tylko, ze jak w te chaszcze weszłam i podeszłam bliżej, to się okazało, że cała stacja jest okolona płotem...
No i tak szłam wzdłuż płotu- z dwa kilometry na pewno. Zziajana, z trawą we włosach, powykręcanymi na wertepach kostkami, ubłoconymi bucikami w końcu na tę stację doszłam, cały czas się zastanawiając, co mnie strzeli, jak się okaże na stacji, że jednak resztę wzięłam, tylko zgubiłam w jakimś innym miejscu.
Bardzo dobre wejście miałam ;) Takiego zaskoczenia malującego się na twarzy już dawno nie widziałam :)
" a skąd to pani idzie??? ", to mówię- chyba nie wzięłam reszty, a to mi się wydawało blisko, to szłam wzdłuż płotu" Kasjerka - " no, koledze się właśnie wydawało, że nie wydałam, ale sprawdziliśmy zapis z kamery i nie jest on jednoznaczny, a kasy jeszcze nie zdążyłam policzyć"
Policzyła kasę, jednak się okazało, ze nie wydała, przeprosiła, no ale ja musiałam jeszcze wrócić...tą sama drogą.
Wróciłam jakoś, wypiłam dwie butelki wody. Tego wieczoru bardzo szybko zasnęłam...
Już nie mogę się doczekać tegorocznego wyjazdu do Szczecina i tego, ze może w końcu w tym roku uda się wypić to wino ze Smakosią...
środa, 12 stycznia 2011
Często śniłam taki sen...
usiadło mi na głowie stado czarnych wron. Przerażają, dziobią mi głowę, szeleszczą skrzydłami.
Czuję wielki wstręt do przyszłości i jakoś nie mogę w niej szukać pociechy.
Troszkę głupio tak wracać do przeszłości, ale nie mam innego pomysłu.
Takie małe ćwiczenie, zanim wpadnę w czarną studnię, w której sama sobie zrobie znów krzywdę: kiedy ostatnio byłam bardzo szczęśliwa? I przypomniał mi się taki sen.
Idę z kilkoma towarzyszami przez wysoki, cudnie zielony las. Z miedzy drzew prześwituje słońce i tworzy takie pionowe paski światła. Las jest chłodny i kojący.
Kończy się pionową skarpą, z której zrzucona jest lina.
Po tej linie wchodzimy na górę. To co na górze, bardzo kusi. Widać bardzo dużo słońca.
Czasem w połowie tej liny się budziłam. Spokojna, ale z lekkim niedosytem.
Czasem śniłam dalej.
Co było na górze?
Na górze było bardzo jasno, słonecznie. Osada, w której krzątali się życzliwi ludzie. Jest taki klasztor buddyjski chyba przywieszony do skał. I ta osada jest podobna- domostwa przywieszone do skał. I trochę taka tez jest podobna do wioski hobbitów, której widokiem zaczyna się "Władca Pierścieni".
To właściwie wszystko. Budziłam się szczęśliwa. Nie wiem czemu. Nic takiego przecież.
Czasem te sny się różniły jakimiś szczegółami- inaczej byłam ubrana, inaczej wyglądała wioska, ale zawsze przy tym towarzyszyło mi uczucie szczęścia.
Śniłam jeszcze jeden powtarzający się sen: zwiedzałam miasto zbudowane z muszli ;) Małych i dużych. Budynki były albo w kształcie muszli, albo zbudowane z małych i dużych muszli. Muszle były wtopione w asfalt, muszlami były wyłożone chodniki.
Nie wiem, czemu, ale umyśliłam sobie, ze to miasto to jest Barcelona :)
Chciałabym kiedyś pojechać do Barcelony.
Ciekawe czemu przestałam śnić takie sny?
Czuję wielki wstręt do przyszłości i jakoś nie mogę w niej szukać pociechy.
Troszkę głupio tak wracać do przeszłości, ale nie mam innego pomysłu.
Takie małe ćwiczenie, zanim wpadnę w czarną studnię, w której sama sobie zrobie znów krzywdę: kiedy ostatnio byłam bardzo szczęśliwa? I przypomniał mi się taki sen.
Idę z kilkoma towarzyszami przez wysoki, cudnie zielony las. Z miedzy drzew prześwituje słońce i tworzy takie pionowe paski światła. Las jest chłodny i kojący.
Kończy się pionową skarpą, z której zrzucona jest lina.
Po tej linie wchodzimy na górę. To co na górze, bardzo kusi. Widać bardzo dużo słońca.
Czasem w połowie tej liny się budziłam. Spokojna, ale z lekkim niedosytem.
Czasem śniłam dalej.
Co było na górze?
Na górze było bardzo jasno, słonecznie. Osada, w której krzątali się życzliwi ludzie. Jest taki klasztor buddyjski chyba przywieszony do skał. I ta osada jest podobna- domostwa przywieszone do skał. I trochę taka tez jest podobna do wioski hobbitów, której widokiem zaczyna się "Władca Pierścieni".
To właściwie wszystko. Budziłam się szczęśliwa. Nie wiem czemu. Nic takiego przecież.
Czasem te sny się różniły jakimiś szczegółami- inaczej byłam ubrana, inaczej wyglądała wioska, ale zawsze przy tym towarzyszyło mi uczucie szczęścia.
Śniłam jeszcze jeden powtarzający się sen: zwiedzałam miasto zbudowane z muszli ;) Małych i dużych. Budynki były albo w kształcie muszli, albo zbudowane z małych i dużych muszli. Muszle były wtopione w asfalt, muszlami były wyłożone chodniki.
Nie wiem, czemu, ale umyśliłam sobie, ze to miasto to jest Barcelona :)
Chciałabym kiedyś pojechać do Barcelony.
Ciekawe czemu przestałam śnić takie sny?
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Budyń
Niejadalny niestety.
Zalągł mi się w głowie i nie chce się wynieść.
Właściwie to nie jest mi źle, tylko tak jakoś nijak. Brakuje mi energii, każda próba wysilenia głowy kończy się tak, jakby chodzić w wacie.
Czyli diagnoza może być tylko jedna: ekspansywny budyń.
Miałam kiedyś takiego kolegę, który nie bał się mojego niewyparzonego ozora i w związku z tym rąbał mi swoją prawdę miedzy oczy. Złościło mnie to często, często wprawiało z zakłopotanie, ale tak właściwie to wzbudzało mój podziw ;) No i ten kolega mi kiedyś walnął na klatę: bo ty masz wszystko, o co inni ludzie walczą i dlatego tak grymasisz i kaprysisz. Zachowujesz się jak rozkapryszona księżniczka, strzelasz fochy na prawo i lewo. Ktoś cię musi przełożyć przez kolano i złoić tyłek.
(hmm... a czemu ja właściwie o tym piszę? budyń, budyń... aaa, już wiem)
Oczywiście wkurzył mnie, ale ta ksieżniczkowatość mnie jakoś zaczęła kłuć w oczy i postanowiłam za wszelką cenę udowodnić, że to nie jest prawda, albo chociaż jakoś ukryć, żeby się nie wydało.
I tak normalnie to mi jakoś idzie.
Ale w połączeniu z budyniem- wyłazi. I taka rozmemłana siedzę. Siedzę na dupie i podziwiam choinkę. Nazywa się to : kontemplacja.
Jojczyłam nawet tutaj, że chcę wolne mieć, że chce robić same przyjemne rzeczy, wychuchać sobie gniazdko, powoli rozwiązywać skłębione zaległe sprawy, mieć czas dla siebie, dla Mario.
No to mam :)
Uszami mi wyłazi, hi.
Do pracy bym poszła :)
A konkluzja miała być taka: poproszę o złojenie tyłka :)
Jednocześnie ostrzegam, że budyń jest silnie zaraźliwy.
to chyba wszystko... i tak dużo jak na stan mojej głowy...
Zalągł mi się w głowie i nie chce się wynieść.
Właściwie to nie jest mi źle, tylko tak jakoś nijak. Brakuje mi energii, każda próba wysilenia głowy kończy się tak, jakby chodzić w wacie.
Czyli diagnoza może być tylko jedna: ekspansywny budyń.
Miałam kiedyś takiego kolegę, który nie bał się mojego niewyparzonego ozora i w związku z tym rąbał mi swoją prawdę miedzy oczy. Złościło mnie to często, często wprawiało z zakłopotanie, ale tak właściwie to wzbudzało mój podziw ;) No i ten kolega mi kiedyś walnął na klatę: bo ty masz wszystko, o co inni ludzie walczą i dlatego tak grymasisz i kaprysisz. Zachowujesz się jak rozkapryszona księżniczka, strzelasz fochy na prawo i lewo. Ktoś cię musi przełożyć przez kolano i złoić tyłek.
(hmm... a czemu ja właściwie o tym piszę? budyń, budyń... aaa, już wiem)
Oczywiście wkurzył mnie, ale ta ksieżniczkowatość mnie jakoś zaczęła kłuć w oczy i postanowiłam za wszelką cenę udowodnić, że to nie jest prawda, albo chociaż jakoś ukryć, żeby się nie wydało.
I tak normalnie to mi jakoś idzie.
Ale w połączeniu z budyniem- wyłazi. I taka rozmemłana siedzę. Siedzę na dupie i podziwiam choinkę. Nazywa się to : kontemplacja.
Jojczyłam nawet tutaj, że chcę wolne mieć, że chce robić same przyjemne rzeczy, wychuchać sobie gniazdko, powoli rozwiązywać skłębione zaległe sprawy, mieć czas dla siebie, dla Mario.
No to mam :)
Uszami mi wyłazi, hi.
Do pracy bym poszła :)
A konkluzja miała być taka: poproszę o złojenie tyłka :)
Jednocześnie ostrzegam, że budyń jest silnie zaraźliwy.
to chyba wszystko... i tak dużo jak na stan mojej głowy...
sobota, 1 stycznia 2011
Staro-noworocznie :)
W pierwszy dzień roku chciałam złożyć wszystkim Czytelnikom wielu szczęśliwych chwil, dobrego zdrowia, oraz pieniędzy tyle, by nie trzeba było o nich myśleć. Tak nawiasem ;) - w sumie to żadna różnica, czy masz dużo pieniędzy, czy mało ( albo nic) o ile stać Cię na wszystko, co sobie wymyślisz ;) - gdzieś to przeczytałam i sobie myślę, ze to iście diabelska myśl.
O Sylwestrach właściwie chciałam napisać :)
Wczorajszy wieczór spędziłam w domu, w dwuosobowym zestawie gości. Przyjęcie było bardzo skromne, bo przelew, za który zamierzałam nabyć różne smakołyki, gdzieś zawisł i nie dotarł.
Może powinnam zacząć od tego, że ja NIE!NA!WI!DZĘ!!! bali sylwestrowych, oraz wymuszania na mnie jakieś radości z niewiadomego mi powodu.
Niemniej jednak zdarzyło mi się uczestniczyć kilka razy w życiu w balu.
Za czasów mojego pierwszego narzeczonego wybraliśmy się oczywiście na bal. Tak się pokłóciliśmy, że tamten sylwester zakończył się naszym rozstaniem. Nawet nie pamiętam, o co.
Przez kilka kolejnych lat, urządzaliśmy prywatki, raz byłam na takim zjeździe w Wiedniu ( tez fajnie było). No, ale kolejny narzeczony namawiał mnie na bal. Ja oczywiście nie chciałam, namawiałam, ze przecież mamy wolną chatę ( to były jeszcze te czasy ;))) ), ale jakoś mnie tak namawiał, ze namówił. Kolejny bal, kolejna awantura i kolejny "rozwód"...
Odkąd jestem z obecym Lubym, byliśmy dwa razy na balu sylwestrowym i dwa razy urządzałam awanturę w stylu włoskim- z rzucaniem różnymi przedmiotami itd. Widocznie trafił mi się jakiś bardziej odporny egzemplarz, bo jakimś cudem te sylwestrowe moje amoki nie zagroziły ( na razie) trwałości naszego związku ;)
Co ciekawe- nie mam takiego problemu z innego rodzaju balami- wszelkie karnawałowe, branżowe, wesela i inne odbywam pokojowo :) - stosownie ubrana, chwalę jedzenie ( jakie by nie było), dobrze bawię się przy muzyce ( jaka by nie była), mam dobry humor i jestem duszą towarzystwa. Tylko te sylwestrowe mi szkodzą ;)))
Dlatego postaram się już nie narażać na szwank mojego związku i na żadne bale sylwestrowe już nie chodzić.
Jeszcze mam małe ogłoszenie:
Zablokowałam możliwość dodawania komentarzy przez "anonimy". Teraz, żeby dodać komentarz, trzeba założyć sobie konto na googlu.
Przepraszam za wszelkie związane z tym utrudnienia ( szczególnie przepraszam osoby, które się podpisują), ale ja tu poruszam dość osobiste kwestie z mojego życia i uważam, ze mi się zwyczajnie należy wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Mogę oczywiście usuwać komentarze niepodpisane- (z tego co zauważyłam jest to nagminną praktyką na innych blogach), ale mi się nie chce.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że te utrudnienia nie wpłyną w jakiś znaczący sposób na możliwość komunikacji miedzy nami.
Szczęśliwości na Nowe :)
O Sylwestrach właściwie chciałam napisać :)
Wczorajszy wieczór spędziłam w domu, w dwuosobowym zestawie gości. Przyjęcie było bardzo skromne, bo przelew, za który zamierzałam nabyć różne smakołyki, gdzieś zawisł i nie dotarł.
Może powinnam zacząć od tego, że ja NIE!NA!WI!DZĘ!!! bali sylwestrowych, oraz wymuszania na mnie jakieś radości z niewiadomego mi powodu.
Niemniej jednak zdarzyło mi się uczestniczyć kilka razy w życiu w balu.
Za czasów mojego pierwszego narzeczonego wybraliśmy się oczywiście na bal. Tak się pokłóciliśmy, że tamten sylwester zakończył się naszym rozstaniem. Nawet nie pamiętam, o co.
Przez kilka kolejnych lat, urządzaliśmy prywatki, raz byłam na takim zjeździe w Wiedniu ( tez fajnie było). No, ale kolejny narzeczony namawiał mnie na bal. Ja oczywiście nie chciałam, namawiałam, ze przecież mamy wolną chatę ( to były jeszcze te czasy ;))) ), ale jakoś mnie tak namawiał, ze namówił. Kolejny bal, kolejna awantura i kolejny "rozwód"...
Odkąd jestem z obecym Lubym, byliśmy dwa razy na balu sylwestrowym i dwa razy urządzałam awanturę w stylu włoskim- z rzucaniem różnymi przedmiotami itd. Widocznie trafił mi się jakiś bardziej odporny egzemplarz, bo jakimś cudem te sylwestrowe moje amoki nie zagroziły ( na razie) trwałości naszego związku ;)
Co ciekawe- nie mam takiego problemu z innego rodzaju balami- wszelkie karnawałowe, branżowe, wesela i inne odbywam pokojowo :) - stosownie ubrana, chwalę jedzenie ( jakie by nie było), dobrze bawię się przy muzyce ( jaka by nie była), mam dobry humor i jestem duszą towarzystwa. Tylko te sylwestrowe mi szkodzą ;)))
Dlatego postaram się już nie narażać na szwank mojego związku i na żadne bale sylwestrowe już nie chodzić.
Jeszcze mam małe ogłoszenie:
Zablokowałam możliwość dodawania komentarzy przez "anonimy". Teraz, żeby dodać komentarz, trzeba założyć sobie konto na googlu.
Przepraszam za wszelkie związane z tym utrudnienia ( szczególnie przepraszam osoby, które się podpisują), ale ja tu poruszam dość osobiste kwestie z mojego życia i uważam, ze mi się zwyczajnie należy wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Mogę oczywiście usuwać komentarze niepodpisane- (z tego co zauważyłam jest to nagminną praktyką na innych blogach), ale mi się nie chce.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że te utrudnienia nie wpłyną w jakiś znaczący sposób na możliwość komunikacji miedzy nami.
Szczęśliwości na Nowe :)
czwartek, 30 grudnia 2010
A sio pajęczyny i kurz :)
Dawno mnie tu nie było, oj dawno :(
Rzuciłam się w nurt wartko płynącego życia forumowego i życia realnego i mnie wessało.
Najpierw o forum.
Przerosło moje oczekiwania po tysiąckroć. Najpierw sobie myślałam, że kto w ogóle będzie chciał przyjść tak po prostu siąść i pogadać o dupie maryni. Myślałam, że może uda mi się namówić z 30 osób. W tej chwili jest 90 użytkowników.
To jest takie... motywujące :) Dostawać zmasowaną, gorącą, serdeczną i szczerą odpowiedź od tylu osób, że jest dobrze, że problemy można rozwiązywać, że to takie fajne być razem i razem robić coś fajnego. Otrzymywać i udzielać wsparcie. Gadać o pierdołach, o jedzeniu, trzymać za rękę, albo kopać w tyłek. Ile ja łez wzruszenia wylałam na klawiaturę w tym czasie :) A ile razy wściekłam się, aż do czerwoności ;)))
Bardzo wiele radości mi daje to forum :)
Po drugie: Święta :)
Po latach szarpania się, falowania nadziei i beznadziei, które mnie wykańczało, wybijało z rytmu na kilka kolejnych miesięcy- aż do kolejnych świąt i tak na okrągło. W tym roku stwierdziłam, że serdecznie to pierdolę i się wypisuję. To były przedziwne święta. Spędziłam je z lubym. Nie pojechaliśmy do rodziców i sama też nie pojechałam. Święta właściwie bez prezentów i bez cudowania z jedzeniem. Mało, ale smacznie. Spaliśmy do wypęku i bólu kości, wyłaziliśmy tylko na chwilę z łóżka, żeby popodziwiać choinkę, którą zrobił luby ( mam nadzieję pokazać Wam zdjęcia. Na razie jeszcze ich nie mam, ale liczę, że niedługo zrobię ;))) )
W Wigilię zjedliśmy kolację, składającą się z potraw, które lubimy i nikt nas nie zmuszał do jedzenia w imię tradycji, rzeczy których nie lubimy. Zjedliśmy tyle, ile chciały nasze brzuszki i nic ponadto. Spokojnie mogliśmy mówić i ruszać się w miarę żwawo, a nie toczyć.
A w drugi dzień świąt luby mnie totalnie zaskoczył :) Stwierdził, że nikt mu nie będzie mówił, jak ma świętować i zabrał się za przeniesienie mojego biura :) Po chyba dwóch latach! Kiedy wszystkie papiery były w kartonach, a biurko stało w sypialni. Aż mnie zatyka, jak przechodzę, bo na biurku świeci się nastrojowa lampka, która rzuca tajemnicze i przesympatyczne cienie :)
Jutro doprowadzimy do pięknego stanu sypialnię- poustawiamy mebelki, które kiedyś, kiedyś kupiliśmy i leżały w paczkach pod łóżkiem.
Jeszcze o prezentach: pisałam, że właściwie były to święta bez prezentów, ale to nie całkiem jest prawda. Dzień po świętach przyszła paczka od Maddaleny. Sprawiłaś mi Magda ogromną radość, bo ja uwielbiam niespodzianki, a tego się w ogóle nie spodziewałam :) No i dostałam prezent!!! :)
Są tez niedobre wiadomości ze świąt. Mój tata znów jest w szpitalu. W pierwszy dzień świąt zabrało go pogotowie, bo się dusił. W ciągu trzech tygodni - już drugi raz w szpitalu. Wczoraj przenieśli go z OIOM-u na normalną salę i już lepiej się czuje. Najpierw mi mówił, ze może już jutro wyjdzie ze szpitala, ale dziś mówił, ze chyba go przed Sylwestrem nie wypuszczą. I jeszcze dodał, ze jemu to właściwie wali, tylko petard nie będzie mógł puszczać, bo spadłyby na kościół, a to jakoś tak nie za bardzo wypada :) A poza tym- nie pali i chyba postanowił walczyć.
Po trzecie: jedzonko ;)))
Nie robiłam tysiąca pierdół, któe potem albo mećzę do Trzech Króli, albo pasę nimi dzikie koty w śmietniku. I to nie chodzi o to, że mam coś przeciwko karmieniu dzikich kotów, ale może niekoniecznie łososiem i peklowaną szynką...
Wiec zjedliśmy barszczyk ( zakwaszany częściowo sokiem z kiszonych buraków, a częściowo octem malinowym własnej produkcji) z uszkami grzybowymi. Dorsza i surówkę z kapusty kiszonej. I firmowe śledzie lubego.
Kolejnego dnia zjedliśmy obiad śląski: rolady, modra kapusta i kluski i zupa grzybowa z kluskami lanymi.
A następnego dnia miały być filetowane udka z kurczaka nadziewane orzechami i żurawiną w sosie malinowym, ale ponieważ luby zajął się szlachetną czynnością przenoszenia mojego biura i w obawie, że mu wena sklęśnie, już nie zawracałam mu dupy filetowaniem udek, to zjedliśmy udka z piekarnika.
Upiekłam też makowiec, tartę migdałową z kremem śmietanowo-waniliowym i piernik staropolski.
Nie no ;) Piernik staropolski wymaga osobnego punktu ;)
Wiec po czwarte: piernik staropolski :)
Piernik staropolski to takie cudo, które potrzebuje bardzo by się nim odpowiednio wcześnie zająć. Właściwie to nie jest jakoś szczególnie kłopotliwy, tylko wymaga, by o nim myśleć :) a wtedy się odwdzięcza takim smakiem... takim smakiem...
Ja moje ciasto na piernik zagniotłam 11 listopada ( w dzień urodzin mojej mamy) sama namieszałam przyprawy do niego, zrobiłam go z mąki orkiszowej. I od 11 listopada leżakował sobie w kamionkowej makutrze na balkonie. 10 dni przed wigilią upiekłam go- 4 małe keksówki i jedna duża blacha. Obłożyłam kromkami chleba i odstawiłam. 3 dni przed Wigilią przełożyłam powidłami śliwkowymi ( własnej produkcji) z czekoladą, a w Wigilię polałam czekoladą.
Piekłam w mini keksówkach z myślą, ze porozdaję magicznego piernika. I takoż zrobiłam :)
Dałam jeden tacie, z przykazaniem, że gdyby piernik się okazał jeszcze zbyt twardy, to, żeby odczekał kilka dni. I następnego dnia tata nam raportuje: a co ty chcesz od tego piernika? On smakuje tak samo jak piernik z tesco ;))) Profesjonalny wykon :D
Myślałam, że padnę. Kochany ten nasz tata jest.
A tak poważnie- to piernik jest naprawdę magiczny. Pyszny, miękki, pachnący.
Po kolejne: nieubłaganie kończący się rok. Refleksje sobie odpuszczę, może do czasu aż się skończy i zacznie Nowe. Nie był dla mnie ten rok zbyt łaskawy. Ale jakimś cudem, jasnym spojrzeniem, pełna nadziei i oczekiwań patrzę w przyszłość. Oby mnie ten optymizm nie zgubił ;)
A wam życzę tego samego.
Rzuciłam się w nurt wartko płynącego życia forumowego i życia realnego i mnie wessało.
Najpierw o forum.
Przerosło moje oczekiwania po tysiąckroć. Najpierw sobie myślałam, że kto w ogóle będzie chciał przyjść tak po prostu siąść i pogadać o dupie maryni. Myślałam, że może uda mi się namówić z 30 osób. W tej chwili jest 90 użytkowników.
To jest takie... motywujące :) Dostawać zmasowaną, gorącą, serdeczną i szczerą odpowiedź od tylu osób, że jest dobrze, że problemy można rozwiązywać, że to takie fajne być razem i razem robić coś fajnego. Otrzymywać i udzielać wsparcie. Gadać o pierdołach, o jedzeniu, trzymać za rękę, albo kopać w tyłek. Ile ja łez wzruszenia wylałam na klawiaturę w tym czasie :) A ile razy wściekłam się, aż do czerwoności ;)))
Bardzo wiele radości mi daje to forum :)
Po drugie: Święta :)
Po latach szarpania się, falowania nadziei i beznadziei, które mnie wykańczało, wybijało z rytmu na kilka kolejnych miesięcy- aż do kolejnych świąt i tak na okrągło. W tym roku stwierdziłam, że serdecznie to pierdolę i się wypisuję. To były przedziwne święta. Spędziłam je z lubym. Nie pojechaliśmy do rodziców i sama też nie pojechałam. Święta właściwie bez prezentów i bez cudowania z jedzeniem. Mało, ale smacznie. Spaliśmy do wypęku i bólu kości, wyłaziliśmy tylko na chwilę z łóżka, żeby popodziwiać choinkę, którą zrobił luby ( mam nadzieję pokazać Wam zdjęcia. Na razie jeszcze ich nie mam, ale liczę, że niedługo zrobię ;))) )
W Wigilię zjedliśmy kolację, składającą się z potraw, które lubimy i nikt nas nie zmuszał do jedzenia w imię tradycji, rzeczy których nie lubimy. Zjedliśmy tyle, ile chciały nasze brzuszki i nic ponadto. Spokojnie mogliśmy mówić i ruszać się w miarę żwawo, a nie toczyć.
A w drugi dzień świąt luby mnie totalnie zaskoczył :) Stwierdził, że nikt mu nie będzie mówił, jak ma świętować i zabrał się za przeniesienie mojego biura :) Po chyba dwóch latach! Kiedy wszystkie papiery były w kartonach, a biurko stało w sypialni. Aż mnie zatyka, jak przechodzę, bo na biurku świeci się nastrojowa lampka, która rzuca tajemnicze i przesympatyczne cienie :)
Jutro doprowadzimy do pięknego stanu sypialnię- poustawiamy mebelki, które kiedyś, kiedyś kupiliśmy i leżały w paczkach pod łóżkiem.
Jeszcze o prezentach: pisałam, że właściwie były to święta bez prezentów, ale to nie całkiem jest prawda. Dzień po świętach przyszła paczka od Maddaleny. Sprawiłaś mi Magda ogromną radość, bo ja uwielbiam niespodzianki, a tego się w ogóle nie spodziewałam :) No i dostałam prezent!!! :)
Są tez niedobre wiadomości ze świąt. Mój tata znów jest w szpitalu. W pierwszy dzień świąt zabrało go pogotowie, bo się dusił. W ciągu trzech tygodni - już drugi raz w szpitalu. Wczoraj przenieśli go z OIOM-u na normalną salę i już lepiej się czuje. Najpierw mi mówił, ze może już jutro wyjdzie ze szpitala, ale dziś mówił, ze chyba go przed Sylwestrem nie wypuszczą. I jeszcze dodał, ze jemu to właściwie wali, tylko petard nie będzie mógł puszczać, bo spadłyby na kościół, a to jakoś tak nie za bardzo wypada :) A poza tym- nie pali i chyba postanowił walczyć.
Po trzecie: jedzonko ;)))
Nie robiłam tysiąca pierdół, któe potem albo mećzę do Trzech Króli, albo pasę nimi dzikie koty w śmietniku. I to nie chodzi o to, że mam coś przeciwko karmieniu dzikich kotów, ale może niekoniecznie łososiem i peklowaną szynką...
Wiec zjedliśmy barszczyk ( zakwaszany częściowo sokiem z kiszonych buraków, a częściowo octem malinowym własnej produkcji) z uszkami grzybowymi. Dorsza i surówkę z kapusty kiszonej. I firmowe śledzie lubego.
Kolejnego dnia zjedliśmy obiad śląski: rolady, modra kapusta i kluski i zupa grzybowa z kluskami lanymi.
A następnego dnia miały być filetowane udka z kurczaka nadziewane orzechami i żurawiną w sosie malinowym, ale ponieważ luby zajął się szlachetną czynnością przenoszenia mojego biura i w obawie, że mu wena sklęśnie, już nie zawracałam mu dupy filetowaniem udek, to zjedliśmy udka z piekarnika.
Upiekłam też makowiec, tartę migdałową z kremem śmietanowo-waniliowym i piernik staropolski.
Nie no ;) Piernik staropolski wymaga osobnego punktu ;)
Wiec po czwarte: piernik staropolski :)
Piernik staropolski to takie cudo, które potrzebuje bardzo by się nim odpowiednio wcześnie zająć. Właściwie to nie jest jakoś szczególnie kłopotliwy, tylko wymaga, by o nim myśleć :) a wtedy się odwdzięcza takim smakiem... takim smakiem...
Ja moje ciasto na piernik zagniotłam 11 listopada ( w dzień urodzin mojej mamy) sama namieszałam przyprawy do niego, zrobiłam go z mąki orkiszowej. I od 11 listopada leżakował sobie w kamionkowej makutrze na balkonie. 10 dni przed wigilią upiekłam go- 4 małe keksówki i jedna duża blacha. Obłożyłam kromkami chleba i odstawiłam. 3 dni przed Wigilią przełożyłam powidłami śliwkowymi ( własnej produkcji) z czekoladą, a w Wigilię polałam czekoladą.
Piekłam w mini keksówkach z myślą, ze porozdaję magicznego piernika. I takoż zrobiłam :)
Dałam jeden tacie, z przykazaniem, że gdyby piernik się okazał jeszcze zbyt twardy, to, żeby odczekał kilka dni. I następnego dnia tata nam raportuje: a co ty chcesz od tego piernika? On smakuje tak samo jak piernik z tesco ;))) Profesjonalny wykon :D
Myślałam, że padnę. Kochany ten nasz tata jest.
A tak poważnie- to piernik jest naprawdę magiczny. Pyszny, miękki, pachnący.
Po kolejne: nieubłaganie kończący się rok. Refleksje sobie odpuszczę, może do czasu aż się skończy i zacznie Nowe. Nie był dla mnie ten rok zbyt łaskawy. Ale jakimś cudem, jasnym spojrzeniem, pełna nadziei i oczekiwań patrzę w przyszłość. Oby mnie ten optymizm nie zgubił ;)
A wam życzę tego samego.
środa, 15 grudnia 2010
O karpia mi chodzi... :(
Mniam, mniam
Jak to pięknie jest- tak chodzić po kostki we krwi...
Jak widowiskowo...
Mniam
Nie ma nic pyszniejszego niż świeżo zabita rybka... mniam...
Szczególnie, jak rybka ma porozrywane boki od metalowych narzędzi, którymi jest łapana... mniam
Szczególnie, jak widzimy, że oddała życie dla naszego delikatnego podniebienia...mniam
I jak krew mocnym strumieniem prosto w oko uderza... mniam
Pyszna, pyszna rybka... mniam
I szczególnie pyszna jest, kiedy swojego żywota dokonuje wraz z innymi szczęśliwymi rybkami- na wpół uduszona... po prostu delikates!!!... Pycha!!!
Jak bym była rybką, to czułabym dumę, że oto za moim pośrednictwem, sacrum się objawia! Cud! Narodzenie Pana! Stwórca to nas ( ludzi) musi zajebiście kochać, bo takie igrzyska nam daje ku uciesze...
Nie ma to jak świeża rybka! Wprost z zachlorowanej wanny! Uduszona własnym stresem. Samo zdrowie i świeżość.
Dzięki Ci Panie, ze możemy za pośrednictwem rybki w absolutnie opłacalnej cenie 6,95 za kg świętować swoje człowieczeństwo!!!
To prawdziwy zaszczyt!!!
:((((((((((((((
Tak jakby nie można było kupić już teraz, teraz kiedy nie ma takiego pośpiechu i sprzedawcom aż tak nie "tli", ryby nie są tak pościskane...
Jak to pięknie jest- tak chodzić po kostki we krwi...
Jak widowiskowo...
Mniam
Nie ma nic pyszniejszego niż świeżo zabita rybka... mniam...
Szczególnie, jak rybka ma porozrywane boki od metalowych narzędzi, którymi jest łapana... mniam
Szczególnie, jak widzimy, że oddała życie dla naszego delikatnego podniebienia...mniam
I jak krew mocnym strumieniem prosto w oko uderza... mniam
Pyszna, pyszna rybka... mniam
I szczególnie pyszna jest, kiedy swojego żywota dokonuje wraz z innymi szczęśliwymi rybkami- na wpół uduszona... po prostu delikates!!!... Pycha!!!
Jak bym była rybką, to czułabym dumę, że oto za moim pośrednictwem, sacrum się objawia! Cud! Narodzenie Pana! Stwórca to nas ( ludzi) musi zajebiście kochać, bo takie igrzyska nam daje ku uciesze...
Nie ma to jak świeża rybka! Wprost z zachlorowanej wanny! Uduszona własnym stresem. Samo zdrowie i świeżość.
Dzięki Ci Panie, ze możemy za pośrednictwem rybki w absolutnie opłacalnej cenie 6,95 za kg świętować swoje człowieczeństwo!!!
To prawdziwy zaszczyt!!!
:((((((((((((((
Tak jakby nie można było kupić już teraz, teraz kiedy nie ma takiego pośpiechu i sprzedawcom aż tak nie "tli", ryby nie są tak pościskane...
Subskrybuj:
Posty (Atom)